Bog nie stworzyl nas jednak wszechmocnymi, wszechwiedzacymi. Takie wszech* cechy moze miec tylko Absolut, a ten jest jeden, a nie dziesiec miliardow sto i trzy sztuki.

Dlaczego wszechmocny nie zrobil roboty lepiej?

Piszesz: Blad. To klasyczny paradoks w rodzaju teoriomnogosciowego "zbioru wszystkich zbiorow" albo przedszkolnego "kamienia, ktorego Bog nie moze uniesc". Rozwiazanie takich paradoksow jest przez aksjomatyzacje. W naszym przypadku oznacza to, ze nie mozemy sensownie rozpatrywac takich dzialan wszechmocnego, ktorych nie jestesmy w stanie opisac za pomoca niesprzecznej logiki. Innymi slowy, jesli do obrony idei Boga musialbym uzyc argumentu: "koles, Bog jest wszechmogacy i dlatego nie mozesz pojac, jak i dlaczego On tak zrobil", byloby to rownowazne kapitulacji.

Zauwaz, ze gdyby tak nie bylo, obronilbym sie jednym zdaniem: "Bog jest wszechmocny, wiec zrobil tak, ze choc istnieje zlo i on jest zrodlem wszystkiego, to On jest jedynie miloscia i nie jest zrodlem zla". Gdyby Bog mogl w naszych argumentacjach transcendowac prawa logiki, to w ogole nie warto by bylo zaczynac dyskusji. Wystarczyloby wymienic opinie.

A czy stworzenie analogicznych do Boga istot jest pomyslem nielogicznym? Tak, poniewaz - w ramach ludzkiego widzenia swiata - dwa absoluty nie roznia sie niczym od siebie, sa tozsame z konstrukcji. Dwa czy trzy "absoluty" sa przejawami tego samego absolutu (na tym polega idea Trojcy Swietej). Ich autonomia jest jedynie spowodowana swiadomym samopowstrzymywaniem wszechwiedzy - cos w rodzaju zabawy w schizofrenie bez popadania w chorobe :)

Innymi slowy - dwie istoty wszechmogace wszechwiedzace moga przenikac sie nawzajem dowolnie gleboko, az do utraty autonomii. Dlatego sa nierozroznialne na poziomie absolutu, przez co staja sie po prostu roznymi manifestacjami (wcieleniami) tego samego absolutu.

O tym tez pisalem w tym samym fragmencie listy, moze zbyt lapidarnie: "Bog nie wymusil na mnie zaufania, pokazujac sie jako Superopotezny i Nieodparty. Obyl sie bez dyplomacji kanonierek - mial na tyle wiary w Siebie :) ze pogodzil sie z moim odejsciem.

Chodzi o to, ze sygnal ten musialby byc na tyle potezny, ze odsunalby na bok wszelkie watpliwosci. Stalby sie przymusem, "praniem mozgu". Nie czlowiek zaufalby Bogu z wlasnego wyboru, lecz Bog postawilby go przed sytuacja bez wyboru. Krok taki odebralby czlowiekowi podstawe odczucia autonomii; nie on sam doszedlby do najwazniejszej decyzji swojego istnienia, lecz decyzja ta zostalaby podjeta za niego przez Boga.

W modelu "autonomicznym", ktory ci przedstawilem jako rozwiazanie paradoksu milosci i wszechmocy, Bog daje czlowiekowi mozliwosc samodzielnego szukania i upewnia sie tylko, ze (1) w skonczonym czasie czlowiek dowie sie o sobie tyle, ze wroci do Boga, oraz (2) ze po powrocie czlowiek bedzie wdzieczny Bogu za to, ze on - czlowiek - mial mozliwosc dokonac i przezyc na swej drodze tego, czego dokonal i przezyl.

Zanim krzykniesz raz jeszcze: "ta zabawa za cene zla i cierpienia?!" przypomnie znow o koniecznosci rozroznienia miedzy zjawiskami ograniczonymi w czasie (ktore nie sa cechami absolutu) i niezmiennymi atrybutami (ktore mozna przypisywac absolutowi). Bog bylby rzeczywiscie zly, gdyby zlo i cierpienie (albo ich skutki) trwaly wiecznie.

Jarek