17 czerwca 2001

Himalajow czesc pierwsza: Sokrates, widelec, olowki i pycha

> Moje stanowisko w tej sprawie jest takie jak Sokratesa,
> który byl idealnym wcieleniem intelektu i doszedl do
> najwiekszej jego madrosci: wiem ze nic nie wiem.

Pod tym wzgledem patrzymy na swiat bardzo podobnie. Ale jak zdazylem
sie zorientowac, roznimy sie w - ze tak sie wyraze - realizacji naszej
niewiedzy. Ja domagam sie od kazdego nowego kroku niesprzecznosci z
poprzednim (krok do tylu na skutek znalezionego bledu tez zachowuje
niesprzecznosc), moj swiat nie moze wiec stac w opozycji do nauki i
logiki, moze je co najwyzej uzupelniac. Do tej pory bylo to mozliwe i
dlatego nie widze powodu do zmiany taktyki; koany mi jej nie zaburzaja,
choc kiedys bylo inaczej.

>>> "Którzy szukaja prawdy, wykorzystuja intelekt i
>>> wiedze, coraz bardziej oddalaja sie od niej. ...
>> Gdyby te slowa znaczyly to, co sugerujesz, wtedy Bog
>> dajac nam rozum okazalby sie zlosliwym potworkiem :(
> Dlatego wlasnie dal biblie pelna sprzecznosci? Przeciez
> gdyby chcial podyktowalby swoj podrecznik teologii, bez
> intelektualnych sprzecznosci.
> Poznanie rozumowe jest pelne pychy - MA SIE wiedze,
> poznanie itd. -  Pycha posiadania Boga.
> Zreszta nie wiadomo co nam dal Bog, a co jest konsekwencja
> grzechu. Jak wyglada czysty intelekt widac moim zdaniem u
> Maharishiego i innych ludzi narodzonych z Ducha.
> Bog chce bysmy uczestniczyli w prawdzie ale nie jako
> posiadacze.

Rozum kontra Biblia pelna sprzecznosci? Bo Biblia jest nie dla jednego
pokolenia, a rozum sie rozwija. Pycha posiadania Boga? Brzmi to raczej
jak zarzut postawiony tym, ktorzy wierza w obiektywnosci i ostatecznosc
swojego Oswiecenia (choc i w tym przypadku jest chybiony). Albo tym, co
studiujac Biblie odkrywaja Boga krok po kroku, razem z iloscia i
cechami aniolow oraz data konca swiata. Ja o Bogu mowie "z pewnoscia"
tylko tyle, ile potrzebuje, by w Niego wierzyc: ze jest wszechmocna
miloscia. I wiem, ze nie wiem nawet, czy On istnieje.

Nie wiem, co masz na mysli mowiac o "czystym intelekcie" i po czym
odrozniasz "narodzonych z Ducha" od innych ludzi. Jesli zas o
posiadanie prawdy chodzi, to nie sadze, zeby Bog strzegl jej zazdrosnie
w skarbcu jak skapiec. Po prostu Prawda Absolutna bylaby zniewoleniem
dla kazdej istoty, ktora nie jest wszechmocna. Wiedziec a nie moc - to
sa wiezy, ktore odbieraja motywacje do wszystkiego i ciezar, ktory
rzuca w bloto ponizenia.

>> Ale znacza one cos innego. Po prostu sa dwa rodzaje
>> poznania: wstepujace i zstepujace. Wstepujace polega
>> na skladaniu swiata z kawaleczkow, z doswiadczen i
>> przemyslen, i sklejanie tych kawaleczkow cementem 
>>intelektu. Jest to droga nieskonczona. Zstepujace
>> poznanie to Objawienie. Jest to droga skonczona.
>> Zeby doznac Objawienia, musisz poddac sie Bogu. Ale
>> nie znaczy to ANI TROCHE, ze Objawienie jest sprzeczne
>> z intelektem!
> To ze sobie mozna cos zintelektualizowac nie oznacza ze
> jest zgodne z prawda! Dlatego dla niektorych oblok, ktory
> zabral Jezusa to UFO.
> Intelekt zawsze sie tak ustawia, zeby wszystko bylo zgodne.
> Jak sam zauwazyles w tym nie ma miejsca dla Boga, Bog
> pojawia sie w tej malej szparce paradoksu i obloku niewiedzy,
> ciemnej nocy... Jak to ujal Anselm Grun, cala duchowa sciezka
> z wszystkimi metodami sa tylko po to bysmy doswiadczyli
> swojej niemocy w osiagnieciu, zrozumieniu  Prawdy. To na tym
> opiera sie paradoksalnie podejscie w zen Rizai, gdzie w
> przeciwienstwie do zen Soto uczy sie ze wszystko mozna
> osiagnac wlasnym wysilkiem. Uczen slyszac to "wali glowa w
> sciane" az doswiadcza takiej niemocy o bezsilnosci (obumarcie)
> ze pojawia sie To co Jest.

Ja mowie o niesprzecznosci intelektu z Objawieniem, ty mowisz o
niepewnosci intelektu. To sa dwie calkowicie tozne sprawy.

Jesli zas o tej niepewnosci mowa... Przy odpowiednim wysilku, przez
odpowiednie skomplikowanie konstrukcji i przez wprowadzenie
odpowiedniej ilosci zalozen mozna rzeczywiscie wszystko
zintelektualizowac. Jest to zreszta twoj gol samobojczy, bo przyznajesz
tym, ze mozna zintelektualizowac nawet nieintelektualizowalny Absolut -
a mozna, czemu nie, matematyka uzywa bardzo skutecznie obiektow tak
obcych "intelektowi" jak nieskonczonosc. Gol malutki, bo wiele z niego
i tak nie wynika :) Ale widzisz, wlasnie ze wzgledu na te dowolnosc
wymyslono brzytwe Ockhama. Poznanie pozaintelektualne nie zna takiej
brzytwy, bo jest nieformalne; moze wiec bredzic do woli i ze
zdumiewajaca pewnoscia siebie akceptowac owe intelektualizowalne co
prawda, lecz usuwalne przez brzytwe Ockhama brednie. Walac glowa w mur
koanu dowiesz sie wiele o sobie, ale grozi ci tez, ze to glowa peknie,
nie mur, a ty tego nawet nie dostrzezesz, bo na glowe przestales
zwracac uwage. 

Zas tak w ogole to ani twoj ani moj swiatopoglad nie reprezentuje ani
skrajnego intelektualizmu ani skrajnego antyintelektualizmu; oboje
siedzimy z grubsza w centrum, choc troche inaczej rozkladamy akcenty.
Dzis bedziemy mowili wiec o AKCENTACH, nie o EKSTREMACH.

Tak, Bog pojawia sie w malej szparce paradoksu. Pojawia sie na granicy
sensu i absurdu, czesto tak blisko tej granicy, ze nasz intelekt jest
oslepiony oczywistoscia absurdu i nie jest w stanie tam nawet
popatrzec. Ale Bog pojawia sie nie po stronie prawdziwego absurdu, lecz
po stronie sensu. I jesli wzrok raz sie przyzwyczai, to pole widzenia i
skala czulosci zmienia sie. Swiatlo Boga bedzie wyrazne i bez trudu
odcinajace sie od owego absurdu. 

Wspominam o "chmurze Brahmana". Jest to zafascynowanie mozliwoscia
spojrzenia w granice absurdu. Odstawiasz na bok intelekt - i potem stoi
on w kacie zakurzony, bo przeciez wlasnie dzieki temu odstawieniu
zobaczyles! Swieca pozostaje zgaszona. Odrzuciles narzedzie, idziesz
przez chmure na oslep nie wiedzac, ze idziesz na oslep i ze jestes w
chmurze. Odczucje twojego "Ja" rozpiera sie w tobie i staje sie calym
Wszechswiatem; z jednej strony slusznie, bo tylko do niego masz
bezposredni dostep i tylko przez nie mowia twoje zmysly, a z drugiej
strony nieslusznie, bo nie cale "Ja" sie rozpiera, lecz jedynie ta jego
czesc, ktora identyfikuje sie z pozaintelektualnym obszarem twojej
ziemskiej osobowosci. Przez to uzyskujesz "pewnosc" dotarcia do Prawdy
Absolutnej. I brakiem wszechmocy sie nie przjmujesz - wystarczy ci
POCZUCIE wszechpustki, rownowazne POCZUCIU wszechmocy.

>> Jesli odrzucasz intelekt i pozwalasz sie Bogu poprowadzic,
>> Bog poprowadzi cie i bez twojego intelektu. Jesli NIE
>> odrzucasz intelektu i pozwalasz sie Bogu poprowadzic, Bog
>> poprowadzi cie WSPOMAGAJAC po drodze twoj intelekt.
>> Niektorym latwiej wybrac pierwsza metode. Ale gdy
>> ja wybierzesz, nie masz zadnych szans pomoc na drodze
>> ludziom, ktorzy musza przekroczyc bariere intelektualnych
>> trudnosci zanim otworza swoje oczy na Boga.
> Intelektualnie moga byc tylko trudnosci (sprzecznosci).
> Jezeli chcesz pomoc innym w sposob intelektualn to pomozesz
> im w przekroczeniu samego intelektu. Sam intelekt jest tak
> skonstruowany, ze wskazuje poza siebie. To jest dokladnie
> ta metoda, ktora uprawial Sokrates, a byl wspanialym
> intelektualista. Zgadzasz sie?

Sokrates nie pokazywal, jak intelektem przekraczac intelekt. On poprzez
zadawanie pytan  pokazywal rozmowcy bledy. Po zauwazeniu tych bledow
rozmowca byl w stanie je korygowac za pomoca swojego intelektu.
Sokrates uwazal sie nie tyle za medrca i nauczyciela, ile za
"akuszerke" rozsadku.

Intelekt nie tyle wskazuje poza siebie, ile potrzebuje pozywki z
zewnatrz, aby na cokolwiek poza kolejna wersja tej samej mysli
wskazywac. Rozumowanie nie jest rownowazne rzeczywistosci, ale jest
jednym z narzadow zmyslow; czysty intelektualizm (rozwazania bez
odniesienia do danych zewnetrznych) to tyle, co sen. Zdawac sobie
sprawe z mozliwosci zludzenia wzrokowego to NIE to samo, co zamknac od
dzisiaj oczy; zdawac sobie sprawe z ograniczen intelektu to NIE samo,
co powiedziec intelektowi "od teraz zamknij sie, juz cie wiecej nie
potrzeba"). Odrzucanie rozumu z zaufania do Boga jest tak dobrym
sposobem dazenia do Prawdy Absolutnej, jak ucinanie sobie glowy z
zaufania do Boga... Mowisz:

> Przypomina mi sie cos z dziecinstwa: Dziadek dal mi dwa olowki
> (ktore sam trzymal) za ktore trzymalem sie gdy uczylem sie
> chodzic. Kiedys puscil te olowki, a ja dalej szedlem myslac
> ze to on mnie podtrzymuje. Rozumienie intelektualne jest jak
> te dwa olowki ( w momencie kiedy dziadek juz ich nie trzymal)
> - niepotrzebne choc dajace wrazenie potrzebnosci. To co na
> ogol pomaga to rozmowa o trudnosciach i niezgodnosci
> intelektualnej. To wysluchanie, ktore powoduje ze czlowiek
> zajmie sie kawalkami ktore (jak kazda niezgodnosc) sa
> nieprzyjemne powoduje przemiane. Na dobra sprawe
> intelektualizowanie to jedna z moich najwiekszych kompulsji
> (powinno miec swoja kategorie diagnostyczna). Intelektualizuje
> ladnych pare lat i powiekszajac obszar dociekan intelektualnych,
> zwiekszam tylko swoje poczucie zagubienia - zwieksza sie moja
> swiadomosc niezgodnosci. Jak patrze na swoja droge to jest ona
> przeciwna do mojego zamiaru i w tym widze "palec Bozy", ktory
> pokazuje mi z kazdym krokiem wiem i rozumiem coraz mniej.
> Potworka widzi pycha, ktora chce ogarnac Boga intelektem -
> dlaczego pycha napisalem wyzej.

Widze, ze swiat jest dla ciebie wielkim koanem :) Ale dlaczego? Czy te
nieprzebyte problemy intelektualne, przed ktorymi stoisz, sa
rzeczywiste, czy tez ich po prostu pragniesz, zeby na wlasna reke
dotrzec przy okazji do przystanku zwanego Satori? Co masz na mysli
mowiac, ze starasz sie ogarnac Boga intelektem i ze wtedy pokazuje ci
sie potworek? Jak to sie dzieje, ze mnie nie pokazuje sie wtedy
potworek, lecz istota pelna milosci, nieskonczonej milosci? Jak to sie
dzieje, ze moge Boga w ten sposob "zintelektualizowac", oczywiscie nie
CALEGO, ale dokladnie tyle, ile potrzebuje moja ograniczona osobowosc?
Dlaczego fakt, ze moje zintelektualizowanie nie pokrywa sie do konca z
wynikiem podobnego zintelektualizowania przedstawionym przez mojego
sasiada nie jest dla mnie zadnym intelektualnym problemem? Moze to sa
swiadectwa mojej glupoty. A moze to swiadectwa tego, ze niektore
problemy i sprzecznosci sa wydumane.

Wladza intelektu... Intelekt bylby moim wladca, gdyby byl w stanie
podac jednoznaczne rozwiazanie kazdego problemu. Ale brak mu do tego
danych - dlatego wladca jest moja osobowosc, a intelekt jest moim
sluga, ktory przerabia w uporzadkowany sposob to, co od wladcy dostaje.
To nie olowki, ktore moge odrzucic. To moja integralna czesc, do ktorej
zawsze powinienem wracac. Ale to tez nie caly ja. Po prostu czesc -
narzedzie, jak oko, reka, czy zoladek.

>> Intelekt pelni tu role slugi, nie wladcy. Ale ten sluga
>> powinien byc dobrze traktowany, nie wolno go ignorowac.
>> Nie wolno dzialac przeciwko niemu. Jest sluga i
>> przyjacielem, nie wrogiem.
> Widelec jest do jedzenia, a logika do porzadkowania
> myslenia - a nie odwrotnie.

I co z tego? Nie wynika stad, ze widelec musi byc zbudowany wbrew
zasadom logiki, a jedzenie ma byc idiotyczne. Walczysz troche z wlasnym
cieniem (to nie wyrzut, kazdy z nas ma do tego sklonnosci). Widzisz, ja
uzywam intelektu wlasnie do porzadkowania myslenia. Ale pod zadnym
pozorem nie pozwalam na robienie balaganu w tym, co uporzadkowane. No,
chyba, ze akurat przeprowadzam sie do innego miasta :) 

Bezradnosc umyslu przed koanem jest rzecza niezbedna nie do odstawienia
intelektu na bok, lecz do dostrzerzenia swiata w kropli wody. Intelekt
potrafi tak glosno wykrzykiwac swoje pomysly, ze jesli mu sie nie
dokopie, to z uporem bedzie sie darl, ze kropla jest kropla. I wlasnie
przez to, ze bedzie mial racje (bo kropla wody JEST wlasnie kropla
wody), nie dostrzerzesz calosci zagadnienia. Jak te calosc
(zagadnienia, nie Wszechswiata - choc to latwo pomylic) juz
dostrzezesz, i jesli po tym wszystkim nie bedziesz sie bal wrocic do
intelektu z calym problemem, to zobaczysz, ze intelekt nie bedzie mial
wiekszych problemow z zaadsorbowaniem twojego nowego doswiadczenia. A
ty nauczyles sie miedzy innymi, ze czasami trzeba poruszac sie skokami,
wyprzedzajac tego spryciule.

> Jak napisalem to pycha jest wrogiem. 

Pycha moze przejawiac sie rowniez w odrzucaniu intelektu i w pewnosci,
ze w ten sposob wlasnie dochodzi sie do Prawdy Absolutnej.

> Intelekt bez pychy to swietne narzedzie i wie dokad moze
> dojsc i tam sie zatrzymuje przed sciana, przed "mu",
> przed cyprysem na dziedzincu - PRZED BOGIEM.

A potem idzie dalej.

>> I jesli on mowi, ze pewnosci
>> byc nie moze, to pewnosci byc nie moze i kropka.
>
> To nie sa slowa slugi, lecz wladcy. Sposob uzywania jezyka
> mowi czasem wiecej niz wypowiedzi wprost.

To sa slowa widelca, ktory sluzy do jedzenia, Piotrze. Slowa w pelni
akceptowane przez wladce - czyli mnie - ktory nie zamierza jadac
parasolem.

C.d.n. po obiedzie -- Jarek