- Tamar!
Szybko podniosla sie od krosien, na ktorych tkala nowe plotno i weszla do pokoju tesciow. Juda siedzial obok swej zony. Jakkolwiek byl on glowa rodu, to jednak domem i wszystkimi jego sprawami rzadzila jego zona. Tamar stanela poslusznie na progu. Juda skinal glowa:
- Usiadz, Tamar.
- Jestes w naszym domu od ponad dwoch lat - przejela rozmowe tesciowa. - Er, oby jego duch zaznal spokoju, pozostawil cie bez potomstwa. Powinnoscia nasza wedlug prawa jest zapewnienie jemu, a jednoczesnie naszemu rodowi spadkobiercy.
Tamar sluchala nie odzywajac sie. Wiedziala, kto wedlug prawa powinien ja poslubic, ale dopoki nie zostalo to oficjalnie postanowione, nadal pozostawala we wdowienstwie.
- Onan, nasz syn postanowil dopelnic obowiazku szwagra, i wzbudzic mu potomstwo - rzekl Juda. - Wszelkie dobra, jakie obecnie posiada przejda w chwili poczecia na twoje dziecko, zapewniajac dziedzicowi i tobie godziwy byt. Jednoczesnie dziecko Onana bedzie nosilo nazwisko Era. Tak zostalo postanowione.
Tamar skinela glowa i podniosla sie do wyjscia. Wiedziala, ze do tego musialo kiedys dojsc. W tej materii nie miala nic do powiedzenia, o wszystkim decydowalo prawo i tradycja. Po smierci Era zyla w domu Judy na prawach nieporecznego balastu, kogos, kto w oczach wszystkich nie spelnil tego, co powinien uczynic. Drugi syn Judy, Onan zatrzymywal sie gdy mijala go w przejsciu, jakby rozwazajac w duchu jakas wazna decyzje. Wszyscy byli pewni, ze stanie sie jej kolejnym mezem. Wyszla przed dom i zamknawszy oczy wystawila twarz pod promienie slonca. Tak wiec w ten sposob potoczy sie jej zycie...
Zaslubiny byly krotkie i szybkie. Zawodowy pisarz na glinianej tabliczce wyryl, ze Onan, syn Judy na mocy prawa bierze pod swoja opieke swoja bratowa Tamar, by zapewnic jej i jej potomstwu dostatnie zycie, potem tabliczka zostala wreczona Judzie i w ciszy, bez zbednych slow wszyscy wrocili do domu. Podczas calej tej ceremonii nie czula zadnych emocji, czym tu sie przeciez bylo zachwycac, skoro nikt nawet nie zapytal jej o zdanie, ot, zwykle dopelnienie formalnosci. W pewnym momencie zaciekawila sie, co czuje Onan, wszak byla jego pierwsza kobieta, no, moze nie kobieta, ale zona... Spojrzala na niego. Szedl przy swym ojcu zajety rozmowa o nieuczciwym bankierze, ktory za oszustwa zostal wtracony do miejskiego wiezienia, gdzie prawdopodobnie czekalo go haniebne okaleczenie i pozbawienie majatku. Wygladal tak, jakby to, co sie przed chwila wydarzylo bylo jedynie jeszcze jedna transakcja, ktorej musial w zyciu dopelnic. Zawiedziona odwrocila glowe.
Onan nigdy jej sie nie podobal. Byl gruby i zarosniety ruda szczecina, jak brat ojca Judy, Ezaw. Liczyla jednak na to, ze dziecko, jakie z tego zwiazku otrzyma wynagrodzi jej upokorzenie obrzydzenia, jakie musiala znosic podczas malzenskich pieszczot. Za kazdym razem, kiedy zamykala oczy by nie patrzec w nalana tluszczem twarz Onana, przypominala sobie ciemna czupryne Era pochylajaca sie nad nia i jego smiejace sie usta. Starala sie przypodobac Onanowi w podobny sposob, jak dogadzala Erowi. Kiedy scielila loze, zapalala kadzidlo w narozniku, zaplatala wlosy, a na usta nakladala karmin. A potem siadala w rogu i zamykajac oczy marzyla, ze za chwile wejdzie Er, niedbale odrzuci w kat plaszcz i nachyli sie, by zlozyc na jej ustach pocalunek rownie niedbalym gestem, ale jakze innym, jakze slodkim...
Onan wchodzil do pomieszczenia sapiac i smierdzac z daleka potem. W jednej chwili pryskal urokliwy nastroj, jakim sie otoczyla. Wstawala wiec, by podac mu wode do obmycia, a potem przygotowana wczesniej wieczerze. Onan nigdy jej nawet nie podziekowal. Kiedy pytala, czy mu smakuje, burczal, ze jak czlowiek glodny, to wszystko zje. Interesowal sie jednoczesnie, za jakie pieniadze nabyla zywnosc i czy wybrala odpowiednio taniego sprzedawce. Czasem miala ochote przekornie mu odpowiedziec, ze tani sprzedawca mial splesniale placki i czy smakowal by mu taki posilek, ale nie ryzykowala odpowiedzi. Jesliby ja Onan uderzyl, nie pozbierala by sie tak szybko, sam jego ciezar moglby ja zabic. Milczala wiec i potulnie kladla sie na lozu oczekujac na jego dotyk.
Onan dlugo zwlekal z wejsciem do loznicy. Czasem nieopatrznie zadawala pytanie, czy mu sie nie podoba, czy jest cos, co go od niej powstrzymuje. Nie odpowiadal, ale to go przynaglalo do rozebrania sie i polozenia obok. Otaczala go swym ramieniem, nie starala sie jednak czynic jakichkolwiek smielszych gestow, aby nie potraktowal jej jak ladacznicy. Bala sie go i nie rozumiala. Gdyby choc kiedykolwiek powiedzial jej cos milego, zaaprobowal cokolwiek, bylaby odwazniejsza w pieszczotach. Ale nie... Onan bral ja w milczeniu, dyszac jej w twarz, ktora starala sie odwrocic, jak wtedy, gdy Er zblizal sie do niej cuchnac winem po calonocnej zabawie. Zaciskala oczy i usta, by nie krzyczec i modlila sie - Panie, daj mi dziecko, pragne byc matka, pragne miec swoje miejsce, powazanie, szacunek, Panie, nie odwracaj ode mnie swego oblicza, nie zamykaj mi lona - a kiedy jej blagania dochodzily do szczytu, Onan odsuwal sie od niej. Zaskoczona otwierala oczy i widziala, ze dopelnia sie sam, bez niej. Bez slow. Ona tez nie pytala, czemu to robi. Za pierwszym razem zajaknela sie tylko, a potem bala sie juz go zapytac.
I tak mijal dzien za dniem, miesiac za miesiacem. W koncu zaczelo byc widoczne, ze ich zwiazek nie przynosi oczekiwanej ciazy. Tesciowa wezwala ja na rozmowe.
- Czy cos jest nie w porzadku miedzy wami? - zapytala nie robiac zadnych wstepow. Tamar splonila sie.
- Matko, Onan nie pragnie mi dac potomstwa.
- To jest niemozliwe! - tesciowa uniosla sie gniewem. - Onan jest zbyt praworzadny, by nie dopelnic obowiazku, jaki na nim spoczywa. Moze to ciebie Pan pozbawil plodnego lona? Wszak i wtedy, gdy bylas zona Era nie zaszlas w ciaze...
- Onan za kazdym razem opuszcza mnie, zanim obdarzy mnie swoim nasieniem! - wybuchnela zalem Tamar. - Co ja moge na to zrobic? Nie zatrzymam go przeciez w sobie. Widac nie dane mi jest nosic w lonie potomstwa Abrahamowego.
- Nie wierze w to - odparla zimno tesciowa. - Moj syn nigdy by tak nie zrobil.
Tamar zalamana wyszla z pokoju. Wiedziala, ze w rodzinnej rozgrywce nie ma zadnych szans. Mogla liczyc tylko na jedno, na Boze zmilowanie. Ale coz mogla uczynic? Do kogo zwrocic sie o pomoc? W tym srodowisku byla obca, wszelkie wiezi, jakie miala kiedys z ludzmi rozwiazaly sie, przyjaciolki prowadzily juz wlasne zycie, wlasne rodziny, a jej rodzina byla daleko. Pomyslala wtedy o Judzie. Co prawda jest malomowny i raczej wygladalo na to, ze zycie domowe go nie interesuje, wszystkie problemy oddawal zonie, sam zajmujac sie trzoda i ogrodem. Ale wyczuwala w nim jakas zyczliwosc, sympatie, wiec moze jemu zwierzy sie ze swego klopotu? Poszla do niego i w kilku slowach przedstawila mu swoja sytuacje. Tesc wysluchal jej i obiecal porozmawiac z Onanem. Jednakze ten, zapytany przez ojca wprost o ich pozycie malzenskie, wyparl sie wszystkiego.
- Nie wiem, kto mowi prawde, a kto klamie - stwierdzil Juda ze smutkiem, gdy wrocil po rozmowie. - Trudno rozeznac, gdyz dotyczy to spraw zbyt delikatnych.
- Jest wiec ojcze na to tylko jedna rada - odparla zdeterminowana kobieta. - Prosze cie, abys byl obecny, gdy bede z Onanem w lozu.
- To sie nie godzi - odrzekl ze zgorszeniem Juda.
- Nie mowie, bys patrzyl na nasza nagosc - odparla zmieszana Tamar - ale bys zza ukrycia byl swiadkiem tego, co sie dzieje i sam orzekl, kto mowi prawde, a kto klamie.
Juda wyrazil zgode i w tajemnicy przygotowano w sypialni schowek, gdzie mogl sie ukryc. Wieczorem Tamar szczegolnie dobrze sie przygotowala. Uzyla masci i olejkow zapachowych, natarla wlosy tluszczem, by swiecily sie w blasku ognia i ubrawszy suknie z delikatnej tkaniny czekala na meza. Onan jak zwykle przyszedl dosc pozno. Pomagajac mu sie rozebrac zagadnela o sprawy, jakie zaprzataly go w dzien. Onan nie byl rozmowny. Widac bylo, ze cos bardzo go wzburzylo, gdyz glebokimi haustami popijal moszcz winogronowy.
- Moze odpoczniesz przy mym boku - zrobila zapraszajacy gest w strone lozka - jestes dzis bardzo zdenerwowany.
- Moj wspolnik sprzeniewierzyl duza sume pieniedzy - odparl kladac sie obok niej - ponioslem przez to duze straty.
- Gdy urodze ci syna, nie bedzie ci potrzebny zaden wspolnik - odparla oplatajac go ramionami. - Twoj syn bedzie pomnazal twoj majatek.
- Co za brednie mi opowiadasz! - krzyknal z gniewem Onan odrzucajac jej ramie. - Przeciez wiesz, ze jesli urodzisz moje dziecko, to nie dosc, ze nie bedzie on uznany moim synem, ale jeszcze pozbawi mnie on czesci dobytku, na ktory tak ciezko pracowalem!
Tamar podniosla sie zdumiona.
- To dlatego nie chcesz mi dac dziecka?
- A jak myslisz - zasmial sie ironicznie Onan. - Taki glupi to nie jestem i nie lubie robic interesow, na ktorych trace...
- Synu! - zawolal oburzony Juda wybieglszy zza zaslony, gdzie byl ukryty. Onan zaskoczony i przerazony chcial sie zerwac, ale nagle zlapal sie za serce i duszac sie upadl obok Tamar. Twarz wykrzywila mu konwulsja.
- Ojcze, ratuj go! - krzyknela Tamar, ale bylo juz za pozno. Onan nie zyl.
- Pan go doswiadczyl za jego zlosc - po dluzszej chwili milczenia wyszeptal Juda. Potem spojrzal ze smutkiem na Tamar i dodal:
- Bedzie lepiej, jesli wrocisz do domu swego ojca.
Nadchodzil wieczor i kladl sie chlodnymi popielatymi cieniami na drodze. Zmeczenie ciazylo jej, kurz osiadl na ciele. Podeszla do miejskiej studni i splukala brud, przepijajac pragnienie, jakie dreczylo ja przez caly dzien. Potem szybko wrocila na swoje miejsce.
Jakis dzieciak podbiegl do niej i z zainteresowaniem przygladal sie migoczacym kolczykom i zlotym cieniutkim bransoletom, jakimi byla przyozdobiona. Usmiechnela sie do niego. Jak to dobrze, ze jej tu nie znaja, ze nie sciga ja znamie, ktorym nie z wlasnej woli zostala naznaczona...
Juda konczyl przywiazywac galazki winorosli do palikow, kiedy zobaczyl zblizajaca sie Tamar. Domyslil sie, w jakim celu przyszla, wolal jednak te rozmowe odwlec na czas pozniejszy. A byloby jeszcze lepiej, gdyby w ogole sie nie odbyla. Zacisnal wezel na drewnianym slupku i przeszedl do nastepnego rzedu. Tamar stanela przed nim i milczac czekala, az spojrzy na nia, ale Juda nie podnosil wzroku. Wreszcie osmielila sie przerwac cisze.
- Witaj, ojcze.
- Witaj, Tamar. Co slychac u twej matki? Czy juz wyzdrowiala?
- Tak, matka czuje sie dobrze. Wczoraj przyjechal jej syn i synowa, aby pomoc nam w gospodarce.
Nie wspomniala ani slowem o wszystkich przykrosciach, jakich doznala ze strony rodziny. A nie szczedzono jej tego. Nie tylko sluzace ja lekcewazyly, wlasne rodzenstwo traktowalo ja jak kogos gorszego. Poszeptywano nawet, ze ma w sobie demona, ktory siedzi w niej i zabija kazdego mezczyzne, ktory zechce ja poslubic. Dochodzilo do tego, ze nie chciano przyjac nawet posilku z jej reki bojac sie zlych konsekwencji. Tamar nie domyslala sie powodow, jakie nimi kierowaly, az do pewnego wieczoru, kiedy jedno z dzieci brata skaleczylo sie podczas zabawy na podworzu. Tamar, gdy to tylko ujrzala, pobiegla, by go opatrzyc. Chlopiec krzyczal przestraszony widokiem krwi cieknacej mu ze zranionej reki. Uciszala go i uspokajala, jednoczesnie rozgladajac sie za woda, ktora mogla przemyc skaleczenie. Poruszona halasem, jaki rozlegal sie przed domem bratowa wyjrzala przez okno i gdy zobaczyla ich razem, wybiegla i z gniewem wyrwala malca z jej rak.
- Zostaw moje dziecko! - krzyknela.
- Dlaczego? Przeciez chcialam tylko oczyscic mu zraniony palec...
- Jestes nieczysta! Niesiesz ze soba smierc. Nie dotykaj mojego syna!
Tamar znieruchomiala jak razona gromem. Wypuscila chlopca z rak i powoli podniosla sie z kleczek.
Nieczysta? Niesie smierc? Co za absurd! Przeciez to nie jej wina, ze Er i Onan pomarli nie dajac jej dziecka. Juz chciala wyjasniac, bronic sie, ale spojrzala w jej oczy, zobaczyla zacisniete z odraza usta... i zamilkla. Ludzi nie obchodzilo, jakie byly fakty. Dla nich byla czlowiekiem, z ktorym nie nalezy sie zadawac, kims, kto przynosi zagrozenie. W ich oczach nie byla nawet kobieta, fakt, ze nie posiadala dzieci czynil z niej jalowa ziemie, drzewo bez owocow, ktore tylko nadaje sie do wyciecia, aby miejsca w ogrodzie nie zajmowalo. A ona tak bardzo chciala urodzic! Piastowac na swych rekach niemowle, podawac mu do lapczywej buzi nabrzmiala od pokarmu piers i spiewac mu do snu patrzac, jak zaciska na matczynym palcu malutkie piastki.
Tamar spojrzala na Jude.
- Ojcze, juz piaty rok mija...
Nie odpowiedzial. Cala jego uwage pochlanial krzew winorosli.
- Ojcze, obiecales mi na meza Szele.
- Szela jest jeszcze mlody. Jeszcze nie jest gotowy do malzenstwa - Juda przerwal jej ostro i brutalnie. Zamilkla, ale postanowila walczyc o swoje prawa.
- Er byl w wieku Szeli, kiedy wychodzilam za niego za maz.
- Widac Er byl takze zbyt mlody. Poczekaj jeszcze rok, moze dwa. Obiecalem przeciez, slowa nie zlamie.
- Ojcze, ja tylko pragne dziecka, nie bede dla ciebie ciezarem.
- Dziecko daje Pan, a nie ja. Wracaj do domu swego ojca. W odpowiedniej chwili powiadomie cie, bys mogla przygotowac sie do slubu.
Tamar zrozumiala. Nie miala co liczyc na Szele, Juda nigdy nie da jej go na meza.
Odwrocila sie bez slowa jak zbity pies i odeszla. Wpierw powoli, potem zaczela biec, a szloch wyrywal sie jej z piersi. Miala dwadziescia cztery lata, a czula sie jakby juz umarla.
Noca dlugo nie mogla zasnac. Przezywala na nowo swoje zycie probujac odkryc, co takiego uczynila, ze wszystko jakby odwracalo sie od niej z pogarda.
Postanowila walczyc.
- Jeszcze nie umarlam - szeptala w nocna ciemnosc. - Jeszcze potrafie dac zycie, nie bede czekac w kacie na smierc, ktora chce przyjsc do mnie w hanbie i zapomnieniu. Bede matka i to dziecka, ktore bedzie szanowane, ktore bedzie dziedzicem! Zwycieze dla niego i dla siebie...
Nie mogla zasnac. Czula sie, jakby byla zawieszona nad przepascia, a wszyscy, ktory na nia patrzyli potrafili zdobyc sie tylko na komentarz, kiedy odpadnie od sciany i na ile jeszcze starczy jej sil. W desperacji snula plany, ale mozliwosci miala niewiele.
- Blogoslawiony jestes, milosierny Boze, i blogoslawione Twoje imie na wieki - modlila sie bezradnie - wznosze moje oblicze i zwracam me oczy ku Tobie. Ty wiesz, o Wladco, ze jestem czysta od wszelkiej zmazy z mezczyzna. Juz dwoch mezow stracilam, na coz mialabym zyc dluzej? A jesli nie podoba Ci sie odebrac mi zycia, to wysluchaj, Panie, jak mi ublizaja. Coz mam uczynic, skoro chce byc wierna Tobie, a jednoczesnie radowac sie twoim blogoslawienstwem? Nie dajesz mi Panie wyboru, wiec zabierz mnie z tego swiata, niech twa corka nie obleka sie hanba, na ktora nie zasluzyla!
O swicie wyczerpana calonocna modlitwa i rozmyslaniem zasnela, ale sen miala czujny jak ptak. Ruch, jaki rankiem rozgorzal w gospodarstwie poderwal ja na nogi. Z glosow, jakie ja dochodzily dowiedziala sie, ze jej tesc chce udac sie do swego przyjaciela Chiry w Adullam, by potem razem z nim wyruszyc do Timny na strzyzenie owiec.
I wtedy nagla mysl olsnila ja. Juda nie chce jej dac syna na meza, niechze bedzie ojcem jej dziecka!
Po jego wyjezdzie zaczela dokladnie, acz ostroznie dopytywac sie, jak daleko jest do Adullam, ile czasu tam spedza i kiedy maja zamiar powrocic. Przez dwa dni czynila plany, po wielekroc je zmieniajac i modyfikujac, aby nic nie stanelo na przeszkodzie tego, co postanowila uczynic.
Wreszcie wyciagnela z wezelka zaoszczedzone pieniadze, poczynila odpowiednie zakupy, splotla wlosy i pozegnawszy rodzine dolaczyla do sasiadow, ktorzy jechali w strone Enajim lezacego na trasie pomiedzy Adullam i Timna. Na pytanie, w jakim celu tam jedzie odparla, ze jej zmarly maz mial tam wierzyciela, ktory winien byl mu spora sume pieniedzy, ma wiec zamiar odzyskac je. Zaakceptowano to i nie dopytywano sie o szczegoly.
Tamar nie przypadkowo wybrala Enajim. Znala to miasteczko z tego, ze bylo ono miejscem, gdzie zawsze zatrzymywaly sie dla odpoczynku karawany wedrujace do Timny. Tutaj postanowila spotkac swojego tescia. W torbie miala zakupiony od miejscowej prostytutki ubior zachecajacy mezczyzn do korzystania z kobiecych wdziekow, oraz flakonik z perfumami. Tuz przed miastem rozstala sie z sasiadami i w pobliskim zagajniku przygotowala sie do swej nowej roli. Rece trzesly jej sie tak, ze o malo co, a wylalaby pachnidlo na ziemie zamiast na siebie. Potem poszla do Enajim i usiadla przy bramie. Czas mijal...
ciag dalszy tutaj
copyright by Masmika Haba
zabka7@poczta.fm