- Spojrz, Judo, jakas kobieta nam sie przyglada.
- To nierzadnica. Pewnie czeka na okazje do zarobku.
- Zazwyczaj nie bylo w tym miescie nierzadnic. Jakis swiezy towar? - zasmial sie Chira. Zatrzymali sie obok i przygladali sie jej z zainteresowaniem. Tamar podniosla sie czujac, jak nogi jej drza ze zdenerwowania. Czy nie zostanie rozpoznana?
Ale nie, Juda nie spodziewal sie spotkac tu swojej synowej, traktowal wiec ja jak zwykla prostytutke. Podciagnela chuste na twarz i podeszla do nich.
- Skad jestes? - zapytal Chira. Tamar obejrzala sie i wskazala wzrokiem na Enajim.
- Masz tu mieszkanie?
Pokrecila przeczaco glowa. Spojrzala na Jude i skinela na niego.
- Chyba ma na ciebie ochote - zasmial sie Chira. - Pojdz z nia do gospody, troche przy niej odpoczniesz. 
Juda chwile zastanawial sie, przygladajac sie jej uwaznie. Czekala na jego decyzje niepewna, czy byla w jego oczach na tyle atrakcyjna, by znalazl w niej kochanke, chocby na te jedna noc, na ten jeden wieczor, na te chwile, w ktorej Wszechmocny zechce obdarzyc ja tak dlugo wyczekiwanym dzieckiem. W pewnym momencie zdjal ja lek, ze zostala rozpoznana. Kiedy Chira wyciagnal reke, by dotknac zaslony, jaka okrywala twarz, cofnela sie energicznie i znow sklonila glowe w kierunku Judy.
- Nie ma rady - rozesmial sie Chira. - Jednoznacznie wybrala ciebie. Ja nie mam u niej zadnych szans.
Juda uwaznie ja obserwowal. Spodobala mu sie jej nieugietosc i hardosc. Odkad umarla jego zona, zadna kobieta nie potrafila mu zaimponowac, a ta ladacznica zachowuje sie prawie jak ksiezniczka. Z checia poznalby ja blizej... a i maly odpoczynek przy cieplym, milym ciele bylby atrakcyjnym akcentem w dlugiej i monotonnej podrozy.
Juda rzekl:
- Pozwol, ze zblize sie do ciebie.
Odetchnela. Jeszcze tylko jedna proba, czy nie rozpozna jej po glosie...
- Co mi dasz za to, ze zblizysz sie do mnie?
Juda obejrzal sie na przyjaciela.
- Nie mam pieniedzy, bede je miec dopiero jutro, kiedy juz sprzedamy welne. Co mam jej dac w zamian?
- Przyslij jej koziolka ze stada. To dobra cena - poradzil Chira. Juda spojrzal na nia pytajaco. Tamar przelknela sline i z ledwie skrywanym zdenerwowaniem odparla:
- Jaka mam pewnosc, ze wrocisz i mi zaplacisz? Niejeden wiele obiecywal i na tym poprzestal, a zyc za cos trzeba...
- Coz mam ci dac w zastaw? Nie mam nic przy sobie, dopiero idziemy strzyc owce z naszego stada.
Wyciagnela dlon i dotknela pierscienia na jego palcu.
- Daj mi twoj pierscien z pieczecia oraz sznur i laske, ktora masz w reku. To bedzie zastawem.
Juda obruszyl sie.
- Te przedmioty sa mi potrzebne...
- Daj jej to, czego zada - pospieszyl z pomoca Chira. - Moj pierscien bedzie w trakcie handlu twoja rekojmia. Odzyskasz to, gdy przyslesz jej koziolka.
Juda spojrzal na nia. Skinela glowa i wyciagnela reke. Potem wlozyla pierscien i sznur do plociennej chusty, ktora zawiazala na lasce. Dopiero wtedy odwrocila sie i poprowadzila Jude do stojacej niedaleko gospody.

- Nie ma jej? Jak to nie ma? - Juda wsciekly i przestraszony miotal sie po izbie. Chira zaklopotany probowal go uspokoic.
- Moze przeniosla sie do innego miasta? Przeciez czlowiek nie moze tak sobie zniknac, bez zadnej przyczyny.
- Pytales o nia ludzi z miasta?
- Tak. Mowili, ze nigdy nie bylo w miescie nierzadnicy.
- Po coz wiec tej kobiecie byl potrzebny moj pierscien rodowy? Przeciez go nie sprzeda, bo od razu potraktuja ja jak zlodziejke.
- Moze tu chodzi o szantaz? 
- Moglaby mnie szantazowac, gdybym nie byl wdowcem - Juda rozesmial sie gorzko. - Teraz tylko mam klopot z uzyskaniem nowego pierscienia, ktory bylby uprawomocniony w handlu. Zanim rzemieslnicy wykonaja identyczny, minie jakies pol roku i sporo transakcji przejdzie mi kolo nosa.
- Jestem czesciowo odpowiedzialny za to, co sie stalo - odparl Chira. - Korzystaj wiec do tego czasu z mojego pierscienia.
Juda potrzasnal glowa z powatpiewaniem. Cala ta historia nie wygladala zbyt jasno. Bal sie, ze jakis wrog szykuje na niego cos niedobrego. Ale coz mogl teraz uczynic?
- Niech sobie zatrzyma wszystko - stwierdzil w koncu. - Bylebysmy tylko nie narazili sie na posmiewisko, ze ja poslalem jej kozlatko, a ty jej nie znalazles.

Tamar stala w pelnym sloncu i miala ochote smiac sie w glos. Powietrze nasycone cytrynowym zapachem kwitnacych migdalowcow uderzalo w nia falami ciepla. Kolory kwiatow nabieraly intensywnosci za kazdym razem, kiedy dzieciatko poruszalo sie w jej lonie. Czarny, zalobny stroj, ktory nadal nosila po Onanie powodowal, ze nikt jeszcze nie wiedzial o ciazy, w ktorej byla juz od trzech miesiecy. Dotykajac powierzchni brzucha szeptala w radosnych myslach raz do malenstwa, a raz do Boga, ktoremu nie wiedziala, jak sie odwdzieczyc. 
- Panie - modlila sie - wywyzszyles ponizonego, obdarzyles upokorzonego. Jakim darem ci odplace twoja hojnosc, Panie? Jedynie oddajac w twe rece swego pierworodnego. Przyjmij go Boze moich ojcow, niech stanie sie korona twojej chwaly, niech przysporzy Judzie potomkow w miejsce tych, ktorych utracil...
- Tamar - ostry krzyk wytracil ja z blogiego stanu, w jaki zapadla. - Co tak stoisz? Wez ten garniec i zanies do izby!
Sploszona obejrzala sie. Kobiety zatrudnione przy przygotowaniach do rodzinnej uroczystosci rozdraznione krecily sie po kuchni, przyrzadzaly potrawy, wyciagaly zapasy, zlewaly do stagwi napoje. Wbiegla do kuchni. Gwar i halas uderzyl ja jak obuchem, powietrze bylo gorace od rozpalonego pieca i parujacych pieczeni. Pot lal sie z twarzy strumieniami, ale kobiety nie zwazaly na to zajete swoimi obowiazkami. 
Tamar poderwala garniec wypelniony winnym moszczem i probowala go podniesc. Byl ciezki. Plyn przelewal sie gestym sokiem przez krawedzie naczynia. Napiela miesnie i steknawszy cicho podniosla go do gory. Nie mogla liczyc na czyjakolwiek pomoc, kazdy mial jakies zajecie. Postapila pare krokow uwazajac, by nie chlapnac na podloge. Jeszcze jeden krok. Jeszcze jeden. Zacisnela zeby myslac tylko o tym, by nie rozlac i nie narazic sie tym samym na gniewne pogrozki. Prog izby przyblizal sie powoli, gorace powietrze tamowalo oddech... nie wytrzyma, zaraz pusci... Ale nie moze! Musi wytrzymac... zaraz bedzie izba...
Naraz wszystko zatoczylo sie wokol niej. Dzban wypuszczony z omdlalych rak stuknal o ziemie i z gluchym peknieciem rozbryzgnal sie po podlodze. Kobiety krzyknely przestraszone, ale tego juz Tamar nie slyszala. Zapadla w ciemnosc.

Juda siedzial w izbie i rozmawial z sasiadami na temat zblizajacych sie zniw, kiedy przez uchylone drzwi wpadly rozemocjonowane kobiety. Na przedzie, z rozwianym czarnym wlosem, rzucajac oczami gniewne blyski stanela Zechar. Widac bylo, ze nie moze powstrzymac sie od powiedzenia niezwyklej wiesci. Juda spojrzal na sasiadow i skinal reka pozwalajac wyrzucic potok slow, ktory w niej wrzal i kotlowal.
- Tamar jest brzemienna! - wyrzucila z siebie i, jakby nie potrafiac slowami wyrazic glebi swojej emocji zatrzepotala rekami. Kobiety z satysfakcja obserwowaly wrazenie, jakie wywarly na Judzie ta wiadomoscia. Przeciez Tamar nie miala meza, skad wiec u niej dziecko? Odpowiedz byl jednoznaczna i Juda nie mogl o czym innym pomyslec.
Sasiedzi dyskretnie milczeli wiedzac dobrze, w jak niezrecznej sytuacji znalazl sie Juda. Jawny grzech w domu i to za sprawa synowej! Jak teraz postapi ojciec rodu? Zapadla cisza pelna oczekiwania, przerywana jedynie przyspieszonymi oddechami kobiet. 
- Jestescie tego pewne? - Juda probowal jeszcze uchwycic sie nadziei, ze jest to tylko nieuzasadniona plotka. Kobiety jednak byly niewzruszone.
- Omdlala w kuchni, to ja zaniesli na lozko i sprowadzili babke, ktora ja zbadala - zaczely trajkotac jedna przez druga. - Ta stwierdzila, ze Tamar jest w ciazy od ponad trzech miesiecy.
- Ukrywala sie ze swym bachorem! - krzyknela bratowa potrzasajac rekami w oburzeniu. - Udawala niewinna, a demon wodzil ja po ulicach... Czyz nie on usmiercil dwoch twoich synow, Judo? A teraz sprowadzil na twoj dom sromote za przyczyna tej... - nie dokonczyla, bo Juda podniosl dlon. Po dluzszej chwili milczenia powoli, jakby z wysilkiem odparl:
- Wedlug prawa ta, ktora dopuscila sie nierzadu, winna byc wyprowadzona poza miasto i spalona.
Zapadla cisza. Sasiedzi potakujaco kiwali glowami. Juda opuscil glowe i lamiacym sie z lekka glosem dodal:
- Wyprowadzcie ja i spalcie.

Tamar ledwie oprzytomniala, nic nie rozumiejaca z tego, co sie wokol niej dzieje, wywleczono za miasto. Grudy ziemi furkotaly raz po raz uderzajac w jej cialo, krzyk i zlorzeczenie rozlegaly sie wokol. Probowala sie bronic, ale nie miala sil przeciwstawic sie fali zacieklosci, jaka opanowala tlum. Szarpano ja za ubranie, przewracano i podnoszono, ciagnieto za wlosy. Jedyna mysl, jaka w niej kolatala, to strach o dziecko. Oslaniala brzuch lapiac gwaltownie powietrze, ale to tylko wzmagalo napasc ludzi, ktorzy ja prowadzili.
- Popatrzcie, jak chroni swoj miot - krzyczaly kobiety probujac zlapac ja i przynajmniej uderzyc, opluc, wyrazic ogrom swojej pogardy. Przeciez jej obecnosc kala dobre imie wszystkich szanujacych sie mieszkancow miasta! Wyrzucic, pozbyc sie, zabic, spalic!
Ktos popchnal ja i ponownie upadla. Pomiedzy depczacymi sie nawzajem nogami zobaczyla cos, co ja przerazilo - rzucane miedzy kamienny krag dlugie, krzaczaste pale drewna. Nagla mysl przebila sie blyskawica przez sciane otumanienia. Stos! Chca ja spalic! Ja i jej dziecko!
Wrzasnela przerazliwie rzucajac sie do ucieczki, ale silne dlonie pochwycily ja i zawlokly na miejsce kazni. Szarpala sie, probujac gryzc sznury, ktorymi ja krepowano.
- Co wy robicie! - krzyczala dlawiac sie od spazmatycznego, przerazonego szlochu.
- Nierzadnica! Corka demona! - uslyszala w odpowiedzi. 
- Nie jestem nierzadnica! - wolala rozpaczliwie, ale nikt jej nie sluchal. Pomiedzy zbitym tlumem tloczacym sie wokol niej nie bylo nikogo, na kim moglaby sie wesprzec, na kogo moglaby w tej chwili liczyc. Posrod rozbieganych w panice mysli jedna tylko jawila sie jako ratunek. Juda! On moze ja ocalic. Ale gdzie on jest?
- Ojcze! - zawyla. - Ratuj, nie pozwol mnie spalic!
- On nie jest juz twoim ojcem - odpowiedziano jej z tlumu. - Juda stal sie twoim sedzia! To on nakazal cie oddac ogniowi!
- W takim razie oddaje na pastwe ognia rowniez swoje dziecko! Gdyz to za jego sprawa stalam sie brzemienna!
Cisza, jaka zalegla po jej okrzyku uderzyla w ludzi, ktorzy probowali z tylnich rzedow przedostac sie na przod dla lepszego widoku. Jeden drugiemu podawal zaskakujaca nowine. W koncu, po dluzszej przerwie, wypelnionej goraczkowymi szeptami jeden z mezczyzn zapytal:
- Jaki masz na to dowod?
Z trudem utrzymujac rownowage podniosla sie i gwaltownym szarpnieciem glowy odrzucajac z twarzy poplatane wlosy odparla:
- W moich rzeczach znajduja sie przedmioty, ktore naleza do ojca mego dziecka. Idzcie i zapytajcie Judy, czy je rozpoznaje!
Ludziom nie trzeba bylo tego powtarzac. Rozpaleni ciekawoscia powiedli ja z powrotem, ale juz nie zachowywali sie wobec niej tak gwaltownie jak poprzednio. Jesli to, co powiedziala Tamar jest prawda, wtedy prowadziliby ze soba nie godna potepienia cudzoloznice, ale matke przyszlego dziedzica. Juda zobaczywszy tlum zmierzajacy w strone domu podniosl sie i wyszedl na zewnatrz.
- Co sie stalo? - zapytal. 
- Ta kobieta twierdzi, ze stala sie brzemienna za twoja sprawa, Judo.
Zaskoczony spojrzal na Tamar.
- Nie jestem ojcem jej dziecka. To klamstwo!
Z izby wyszedl czlowiek niosac w wyciagnietych przed siebie dloniach laske, sznur i pierscien z pieczecia.
- Przyjrzyj sie, Judo, czy rozpoznajesz te przedmioty - rzekla Tamar.
Juda wzial laske i sznur do reki. Wszystkie oczy wpatrywaly sie w niego z niecierpliwym oczekiwaniem. Spojrzal na twardy pasterski kij. Gladkie od czestego uzywania drewno miekko ulozylo mu sie w dloni, palce zacisnely sie na wyzlobionych rowkach. Powiodl palcem po znanym rysunku sloi, a potem podniosl sznur do oczu. Pomiedzy ciasnym splotem konopnych wlokien blakaly sie wlosy z owczego runa... z jego owiec, prowadzonych na jego pastwiska. Byl pasterzem majacym pod opieka cale stada, ale kazda owce znal z osobna, czuly i opiekunczy dla kazdej. A jedna z tych owiec, czarnowlosa, brudna od ludzkich pomowien, zakurzona i poobijana stala teraz przed nim i czekala na jego sprawiedliwy wyrok. Jak zadbal o nia? Wszak przysiagl jej, ze nie pozostawi ja w niedoli, ze ofiaruje jej swego syna, by mogla byc matka dla jego potomstwa...
Juda zalozyl na palec pierscien i zdlawionym ze wzruszenia glosem rzekl:
- Tamar slusznie wyraza swoj sprzeciw. Ona jest sprawiedliwsza ode mnie, bo nie chcialem jej dac Szeli, memu synowi. Pozostawcie ja w spokoju. 
A potem odwrocil sie i wszedl do domu. Tamar zas stala z wysoko podniesiona glowa pomiedzy milczacym tlumem, ktory powoli rozchodzil sie do swoich domow.

- Szybko, podajcie gorace szmaty! - polozna zwijala sie jak w ukropie. 
W pokoju bylo duszno od kadzidel, w kazdym kacie rozstawione byly miseczki z palonymi ziolami, ktorych zapach mial odgonic zle duchy, a zwlaszcza Tillit, kobiete-demona, pragnaca porwac nowo narodzone dziecko. Ciezkiego zaduchu nie potrafilo nawet usunac szerokie otwarcie drzwi. Polozna pilnie strzegla, by nikt i nic nie zastawilo wejscia, w przeciwnym badz razie moglyby wyniknac problemy z wyjsciem dziecka z lona. Za sciana slychac bylo miarowy rytm bebenka. Rozwieszone talizmany, majace uspokoic poganskich bogow wprowadzaly atmosfere leku i niepewnosci, czy duchy beda laskawe dla matki i rodzacego sie dziecka.
Mieszkancy domu uczynili wszystko, by zapewnic dziedzicowi pomyslne narodziny. Juda wsluchany w odglosy dochodzace z pokoju, gdzie rodzila Tamar modlil sie goraco do Wszechmocnego, choc na zewnatrz nie dawal zadnej oznaki, jak wiele wkladal w to emocji. Czul, ze w stosunku do Tamar postepowal niewlasciwie i obawial sie, ze Bog nie bedzie patrzyl na niego laskawym okiem. Tym goretsze prosby zanosil do Niego, obiecujac mu w zamian za szczesliwe narodziny pierwsze jagnieta ze stada i hojne jalmuzny wsrod miejskich biedakow.
Tamar zaciskala zeby, zeby nie krzyczec, duze krople potu splywaly jej po ciele, chlodzac rozpalona skore. Czula silne parcie, dziecko pragnelo wyjsc juz na swiat, ale polozna nie pozwolila jej jeszcze rodzic.
- Mam dziecko, mam wreszcie upragnione dziecko - mysli rozblyskaly i gasly w impulsach bolu. Wreszcie polozna okreslila rozwarcie i pozwolila jej przec. Napiela wszystkie miesnie i wyzwalajac z pluc okrzyk zaczela rodzic. Co jakis czas dochodzily ja komentarze, jakie gadatliwa polozna wymieniala z pomocnica:
- Juz widac raczke! Tak, mocniej przyj, dzieciak wychodzi prawidlowo, glowka pewnie zaraz sie pokaze. Podajcie mi jakas wstazeczke, musze oznaczyc pierworodnego, masz dwoje dzieci w swym lonie... 
Nagly bol, jak ostrze noza zaglebil sie w jej trzewia. Jeknela i skurczyla sie w sobie. Polozna rozgniewala sie na nia:
- Co ty wyprawiasz - krzyknela. - Masz rodzic, a nie zatrzymywac dziecko w sobie! Gdzie ta wstazeczka, dziecko juz cofa sie!
Tamar ledwie zywa siegnela do wlosow i zdarla z nich czerwona tasiemke. Polozna szybko zawinela ja wokol malej piastki.
- Teraz przyj! - rozkazala. - I to z calej sily!
Tamar skupila sie i wszystkie swe sily wlozyla w nacisk na przepone. Cofniecie sie dziecka smiertelnie ja przerazilo. Czyzby Bog odjal jej blogoslawienstwo? Czy nie jest godna, aby byc wreszcie matka?
- Boze naszych ojcow - jeknela i nie miala juz sil cokolwiek powiedziec. Bol promieniowal jej po calym ciele. Ale dziecko znow zaczelo sie przeciskac przez ujscie. Przestala myslec o czymkolwiek, zapomniala o tym, gdzie jest i co sie wokol dzieje. Jedyne, czego sie uczepila, to aby urodzic, by wyzwolic sie z tego bolu, ktory rozrywal jej cialo.
- Jest! - krzyknela polozna. - Urodzil sie... ale to nie ten pierworodny! Brat jego pierwszy przebil sie na swiat. Ech, maly urwisie... Jestes godny imienia Peres. 
Rozesmiala sie i podala dziecko pomocnicy. Ta szybko zajela sie nim, gdy tymczasem polozna pomagala drugiemu dziecku wyjsc z lona. Tamar z checia wzielaby juz syna na rece, ale jeszcze tamten czekal... ten naznaczony czerwona wstazeczka. Ale ten, na ktorego czekala, nie spieszyl sie, by ja soba ucieszyc. A przeciez chciala ofiarowac mu milosc, radosc, czulosc...
- Jest i drugi - zawolala radosnie polozna. - Oto twoj syn, twoi dwaj synowie. Zawiadomcie Jude o narodzeniu sie dwoch dziedzicow.
Polozyli oba malenstwa przy jej boku. Dluzsza chwile przygladala im sie zalzawionymi ze szczescia oczami. 
- Pan pomnozyl swe blogoslawienstwo - szepnela w koncu. - Pragnelam jednego dziecka, otrzymalam dwoje. Niech bedzie wywyzszone imie Boga Abrahama, Izaaka, Jakuba...
Podniosla wzrok, bo w drzwiach stanal Juda. 
- Oto twoi synowie, Judo, Peres i Zerach - powiedziala, gdy podszedl do niej i dotknal ich glowek. - Daje ci ich w zamian za tamtych, ktorych utraciles.
Juda nie odpowiedzial. Gladzil blade, pokryte delikatnym meszkiem policzki, a potem wypowiedzial slowa blogoslawienstwa:
- Blogoslawiony badz Peresie, ktory z zadzy zycia wyprzedziles swego brata. Niech twe pastwiska poszerzaja swe granice, a twemu potomstwu nie braknie mleka i moszczu winnego. Niech zboze rodzi w obfitosci, a deszcze zraszaja twe plony. Blogoslawiony badz Zerachu, ktorys pierwszy dlon wystawil, by otrzymac blogoslawienstwo pierworodztwa. Lecz jak Ezaw cofnales sie, by nie przyjac jego nasycenia. Jednakze i ciebie niech Pan obdarzy swoja opieka, bys mial dobrze w swoim zyciu i aby niczego ci nie brakowalo. 
Potem spojrzal na Tamar i polozywszy reke na jej glowie rzekl:
- I ty badz blogoslawiona Tamar, ktora jak ojciec moj Jakub nie poddalas sie, lecz uchwycilas mocno Wszechmocnego, az ci poblogoslawil... mimo braku nadziei. Jestes wzorem dla niewiast, gdyz dzielna jestes i wytrwala - to powiedziawszy podniosl sie i wyszedl z izby. Tamar zaskoczona jego slowami pochylila sie nad swymi dziecmi. Dluzsza chwile milczala. Peres spal spokojnie przytulony do jej piersi, Zerach krecil sie, jakby czegos szukal w niespokojnym snie. Podala mu do raczki palec, uspokoil sie. Na nadgarstku lsnily czerwienia splecione nici. Ich widok pobudzil wspomnienia.
- Czerwona tasiemka - pomyslala calujac zacisniete piastki synka. - Cos, co zdobi ciebie, choc nie masz o tym pojecia. Myslisz, zes zly i niegodny, bo nie ma nikogo, kto by dostrzegl twoje zalety... az przyjdzie chwila, kiedy w twym zyciu zalsni czerwienia twoja uroda. I przyjda narody i poklonia sie tobie, bos jest dziedzicem Wszechmocnego. Tylko nie zapomnij o tym, nie pozwol by pogarda tego swiata zabrala ci twoje dziedzictwo, by ponizyli ciebie. Walcz o chwale, ktora ci sie nalezy. Bo jestes synem Abrahama, bo jestes... moim synem.
A Zerach i Peres przytuleni do siebie, ogrzewani cieplem Tamar snili o dziedzictwie, ktore im zostalo obiecane.

copyright by Masmika Haba
zabka7@poczta.fm

Powrot do spisu tresci