Czerwona tasiemka

Szara piaszczysta droga wila sie w pylistych tumanach kurzu. Z migoczacej w letnim upale oddali wylaniali sie kupcy i handlarze, przemierzajacy kraj ze wschodu na zachod i z powrotem. 
Wielblady, szarpane za pyski przez niecierpliwych wedrowcow porykiwaly glucho, piasek z szelestem osypywal sie miedzy nogami zgrzytajac pod drewnianymi kolami ciezko obladowanych wozow. Mali chlopcy biegali miedzy strudzonymi ludzmi oferujac za drobna oplata orzezwiajaca wode z buklakow, jeszcze chlodna, czerpana z gleboko wykopanych studzien, majaca dla spragnionych posmak slodkiej kolendry.
Przed brama Enajim, potracana przez spieszacych sie przechodniow siedziala mloda kobieta. Jakkolwiek miala na sobie jaskrawe szaty dosc jednoznacznie mowiace o jej profesji, to w calej jej postawie widac bylo godnosc. Nogi ozdobione srebrnymi lancuszkami kulila pod siebie, ramiona miala wyprostowane, geste ciemne wlosy wily sie miedzy splotami czerwonej tasiemki, a wzrokiem wedrowala w oddali, jakby na kogos czekala. Niejeden z mlodych ludzi zaczepial ja, ale nie reagowala. Nie dawala sie nawet skusic wyciaganymi na dloni srebrnymi monetami. W koncu zaczeto ja ignorowac. A ona siedziala i patrzyla...

- Teraz zalozcie na nia welon.
- Nie, jeszcze troche barwiczki pod oczy...
- Nie sadzisz, ze to calkiem niepotrzebne? Spojrz, jakie ma rumience.
- Jak bedzie po uroczystosci, to rumieniec zejdzie, a barwiczka zostanie. Nakladaj i sie nie pytaj!
Glosy krzatajacych sie wokol niej kobiet dochodzily jakby zza grubej sciany. Cala drzaca z emocji usilowala wykradac zza uchylajacej sie od czasu do czasu zaslony widok z izby weselnej. Gwar i wesole pokrzykiwania zaproszonych gosci wypelnialy wszystkie pomieszczenia, w sasiadujacej kuchni huczaly pod paleniskiem plomienie, a na podworzu niosl sie skowyt i powarkiwanie odganianych od drzwi wyglodnialych psow, uporczywie powracajacych do smakowitych zapachow zalatujacych ze srodka. 
Tamar nie zwracala na to wszystko uwagi. Starala sie jedynie lowic wzrokiem tego, ktory siedzial na glownym miejscu za stolem, ciemnowlosego mezczyzne w lsniacej biela tunice, nakrytej haftowanym plaszczem z fioletowej purpury. Biale zeby blyskaly mu na sniadej twarzy, pierwszy, mlodzienczy zarost okalal usta. Niedlugo podejdzie do niej, wezmie ja za reke i spogladajac na nia czarnymi, glebokimi jak gorskie jeziora w nocy oczami wypowie slowa przysiegi malzenskiej. A ona mu odpowie, zwiazujac sie z nim na zawsze.
- Jaki on jest? - pytala swoja przyjaciolke, gdy juz dowiedziala sie o planowanych zareczynach. Ta jednak rozesmiala sie i zbyla ja polslowkiem, kierujac rozmowe na przybylego do miasta sprzedawce pachnidel i kolorowych paciorkowych naszyjnikow.
Tamar malo wiedziala o swoim przyszlym mezu. Dziewczetom nie wolno bylo zbytnio spoufalac sie z chlopcami, mogla wiec jedynie obserwowac go z daleka. Podobal sie jej, byl wesoly, pelen fantazji, mozna rzec - "czlowiek iskra". Ona sama byla raczej niesmiala. Kiedy szla po wode do studni spuszczala glowe, jakby bardziej interesowal ja kurz na palcach stopy, niz otaczajacy ja ludzie. Nic jednak nie bylo bardziej mylnego. Z szybkich spojrzen jakie rzucala od czasu do czasu spod lukowatych linii brwi potrafila tworzyc sobie obrazy, ktore potem, w domowym zaciszu skrycie analizowala i przezywala na dziesiatki sposobow.
Wiele razy widziala go, jak prowadzac bydlo ojca zaczepial dziewczyny, lapal je za ubranie, az te z piskiem udawanego oburzenia wykrecaly sie i chowaly w bramy. Jej nigdy nie zaczepil, czasami miala wrazenie, ze jej w ogole nie zauwaza... Co wiec sprawilo, ze wybral ja sobie na zone? Czemu to ona, a nie dziesiatki ladniejszych i weselszych od niej dziewczyn stala sie jego wybranka?
Do pomieszczenia weszla corka Szuy, jej przeszla tesciowa. Szybkim spojrzeniem ogarnela postac dziewczyny i chyba widok ten zadowolil ja, gdyz skinela glowa i nakazala zakonczyc przygotowania. Welon polprzezroczysta tkanina opadl jej na twarz. W izbie ucichlo, widac bylo, ze dano znak do rozpoczecia ceremonii.
- Jak lilia pomiedzy cierniami, tak moja umilowana posrod innych dziewczat - zanucily dziewczeta rozsuwajac zaslone. Wszystkie glowy skierowaly sie w jej strone. Mezczyzni przygladali sie jej cmokajac wargami z zadowolenia, nawet starcy potrzasali z aprobata glowami upatrujac w jej bialej postaci swoje wlasne wesela, swoje wybranki, ktore potem stawaly sie nieodlaczna czescia ich zycia. Jednak Tamar, jakby idac w jakims swietlistym tunelu widziala tylko jego oczy, tylko jego usmiech...
- Zeby przypadkiem nie zemdlec, nie potknac sie, nie przewrocic - mysli w panice przebiegaly jej przez glowe. Stanela na srodku pomieszczenia i skromnie opuscila glowe. W ciszy, jaka zapadla uslyszala szelest zblizajacych sie krokow i naraz, kiedy Er stanal przed nia, muzycy uderzyli w struny, kotly, muzyka wybuchnela glosnym, radosnym zgielkiem, powoli przeksztalcajacym sie w rytmiczna harmonie. Goscie klaskaniem i uderzaniem piet o ziemie wyrazali swoja radosc, ale nikt nie odczuwal takiego uniesienia, jakie bylo udzialem Tamar. Czula sie tak lotna, jak dym z ogniska, poddajac sie pod uwiez dloni swego przyszlego meza.
- Jestes jak lania polna schwytana wieczorowa pora, cieszyc sie bede toba i radowac - uslyszala blisko siebie. Nie smiala spojrzec mu w twarz.
- Jarzmo twoje jest slodycza, a obrecz twa zdobi moja szyje - odpowiedziala lamiacym sie ze wzruszenia glosem.
- Moj namiot stanie sie twoim mieszkaniem, a owoce mych drzew beda twoim pokarmem.
- I bedziesz mi schronieniem, a ja bede ci osloda twych trudow.
- Wiatr pustynny nas nie rozdzieli, ani wody rzeki...
- ...a twe potomstwo ujrzy blogoslawienstwo Boze - dokonczyla slowa przysiegi.
Zasiedli do stolu. Wedle zwyczaju pierwsza porcje weselnego chleba Tamar wziela z rak Era, jednoczesnie podajac mu pierwszy kielich weselnego wina. Kiedy brala do ust kawalek chleba spojrzala na niego. Nie patrzyl na nia, smiejac sie i odpowiadajac zartami na komentarze weselnikow wypil wino i z trzaskiem rozbil kielich o podloge. Wiedziala, co to znaczy - od tej pory nie cofnie sie juz niczego, jak niepodobnym jest pozbierac krople wina wsiakle w ziemie, a skorupy zlozyc w naczynie.
Spiewacy weselni nucili piesn:
"Panno mloda, pozwol mi sie piescic
Moje pieszczoty sa rozkoszniejsze od miodu
W sypialni, miodem wypelnionej
Cieszmy sie twoja pieknoscia
Lwico, pozwol mi sie piescic
Moje pieszczoty sa rozkoszniejsze od miodu"...

- "...a twoje potomstwo ujrzy blogoslawienstwo Boze" - wspomniala, gdy kladli sie do wspolnej loznicy. W sasiedniej izbie weselnicy ucztowali do bialego rana.

Slonce przypiekalo dokuczliwym zarem. Wyprostowala sie troche, gdyz zdretwiale miesnie wolaly o zmiane pozycji. Dokuczalo jej pragnienie. Minelo poludnie, a ona nie miala przy sobie zadnych zapasow. Cala ta wyprawa byla przygotowana w napredce, nawet nie wziela ze soba pieniedzy, a wszystko, co posiadala, wydala na zakupienie od jednej dziewczyny stroju, w ktory sie przyodziala. Nie mogla liczyc takze na usluznosc sprzedawcow. Prostytutkom nigdy nie dawano na kredyt wychodzac z zalozenia, ze takie zawsze maja towar na zbyciu przy sobie. Owszem, na rynku byla jeszcze studnia, jednakze zbyt wielu ludzi krecilo sie po targu, a ona nie byla pewna, jak ja tam potraktuja.
Westchnela. Trudno, jakos wytrzyma, karawana z Adullam powinna nadejsc przed wieczorem. Byleby tylko nie przegapic, byleby zostac zauwazona...

- Czy nie jest jednak za mlody? - dobiegl ja glos zza sciany.
- Lepiej, jesli teraz sie ustatkuje, ostatecznie jest twoim pierworodnym. To co ostatnio wyprawial...
Tamar obudzila sie mimo ciemnej nocy. Rozmowa tesciow, ktorzy nie podejrzewali, ze ktos ich moze uslyszec byla na tyle glosna, ze nie umknal jej zaden szczegol. Zaskoczona dowiadywala sie z niej roznych, nie zawsze milych rzeczy. Serce bilo jej jak szalone, wstrzymywala oddech, choc prawdopodobnie nawet by jej nie uslyszeli.
- Myslisz, ze przy Tamar sie uspokoi? - zapytal Juda.
- Wyglada na rozsadna dziewczyne. Jesli da mu dziecko, jesli Er poczuje ojcostwo, wtedy na pewno sie zmieni - glos jego zony byl stanowczy jak ona sama.
- Mam zamiar powierzyc mu swoje dziedzictwo i opieke nad mlodszym rodzenstwem. Jego rola bedzie zadbanie o majatek i szacunek dla rodu. Czy ona nie jest zbyt mloda, zeby...
- Takie sa najmocniejsze - przerwala mu energicznie. - Zycie nauczy ja dbania o dom i dziedzictwo. Nie bedzie z nia klopotow, ja sie o to postaram.
Po tym, co uslyszala, Tamar nie mogla zasnac. Lezala obok Era i czula sie, jakby ktos sprzedal ja na targowisku, jak jakies bydlo. Zwiazano dlonie, ustalono cene, a ona mogla tylko stac i patrzec, nie mogac powiedziec ani slowa. A wiec to nie Er ja sobie wybral? Byla jedynie srodkiem, by okielznac mlodego, rozbrykanego chlopca? Lzy nadplynely jej do oczu. Nie tak wyobrazala sobie swoje malzenstwo. Zawsze chciala uczynic w swoim zyciu cos wspanialego, sprawic je bogatszym, wspanialszym i czula w sobie sile, by temu podolac... a teraz? Kim ona tutaj byla? Malenkim ziarnkiem zboza wrzuconym miedzy kamienie zarna, palikiem, wbitym mocno w ziemie, ktorego jedynym celem bylo powstrzymac wolu przed zbytnim oddaleniem sie z wyznaczonego miejsca wypasu. Nic dziwnego, ze Er traktowal ja jak jarzmo, ktore nosi sie z niechecia. Zrozumiala jego rozdraznione wypowiedzi, obojetne spojrzenia i pieszczoty, jakby od niechcenia.
Ale jakkolwiek jej obecnosc zostala narzucona Erowi, postanowila zaskarbic sobie jego uczucie. Probowala odgadywac, co moze mu sprawic przyjemnosc, przyrzadzala potrawy o jakich wiedziala, ze je lubi. Er, nawet jesli dostrzegal jej troske, przyjmowal ja jak cos, co mu sie nalezalo z racji nie tylko tego, ze byl jej mezem, ale i pierworodnym rodu Judy, syna Jakuba, syna Abrahamowego. 
Kilka dni pozniej, kiedy wrocil pijany ze spotkania z kolegami, nieopatrznie zapytala go o czas spedzony poza domem. Wtedy po raz pierwszy uderzyl ja w twarz. Przebaczyla mu to, ale jakas zadra utkwila jej w sercu. Stala sie jeszcze bardziej cicha niz byla poprzednio. Er nie byl z tego zadowolony. Zawsze lubil sie zabawic, teraz jednak czesciej przebywal w towarzystwie swoich przyjaciol, ktorzy nie nalezeli do szanujacych sie mlodych ludzi. Slyszala, jak wielokrotnie Juda wzywal go na rozmowe, Er jednak zaslanial sie tym, ze ma juz wlasne zycie i wlasna rodzine. 
- Wiec dbaj o nia! - unosil sie Juda gniewem i na tym sie rozmowa konczyla. Er pochylal glowe w posluszenstwie i dalej robil swoje. Odkad przestal byc chlopcem, korzystal z przywilejow doroslosci, Tamar podejrzewala nawet, ze odwiedza platne kobiety. Znosila to, starajac sie sama zalatwiac sprawunki, umawiac sie z handlarzami i kupcami. Kiedy pewnego dnia zmeczona i rozgoryczona wypomniala mu to, zbil ja tak, ze przez kilka dni nie wychodzila z domu. Tesciowie nic nie mowili, choc widzieli, ze ich malzenstwo nie zapowiada sie pomyslnie. Caly czas mieli nadzieje, ze Er opamieta sie. Na prozno.
Pewnej nocy krzyk podniosl sie w domu. Zerwala sie i wybiegla na podworze. Jacys ludzie wnosili jej meza zakrwawionego i nieprzytomnego. Podbiegla do nich.
- Co sie stalo? - zawolala przerazona.
- Lezal na ulicy. Chyba ktos go pobil - wyjasnili krotko i polozywszy go na lozku w pokoju wyszli. Zakrzatnela sie przy nim, przyniosla wody, podarla czyste szmaty na opatrunki. Dwie noce siedziala przy nim na zmiane z tesciowa. Er dostal goraczki, rzucal sie i majaczyl. Wszyscy w domu zatrwozeni chodzili jak na palcach, w ogole sie do siebie nie odzywajac. Wezwany medyk tylko potrzasal bezradnie glowa i wyciagal dlon po pieniadze. Zadna masc nie skutkowala.
Tamar trwala przy swym mezu pelna obaw. Obmywala jego spocone cialo i drzala z trwogi o jego zycie. To prawda, ze zle ja traktowal, ale przeciez kochala go. Byl pierwszym mezczyzna, jakiego zaznala, wszystkie marzenia i tesknoty byly z nim zwiazane. A ponadto - co stanie sie z nia, kiedy Er umrze? Jej istnienie bylo teraz scisle zwiazane z jego zyciem i pozycja, jaka zajmowal w spolecznosci. Kiedy nikogo nie bylo w pokoju, klekala przy lozku i modlila sie:
- Panie, Boze naszych ojcow, nie zabieraj mi go! Wiele zrobil zla, ale przeciez jestes Bogiem laskawym, dajacym opamietanie. Spraw, by to, co mu sie przytrafilo obudzilo go ze zlego snu i niech nadal cieszy siebie i innych swoim zyciem...
Ostatniej nocy, kiedy zmeczona zasnela przy nim, z czujnego snu zerwalo ja dotkniecie. Otworzyla oczy. Er patrzyl na nia przytomnie, jakby troche zdziwiony jej obecnoscia. Podniosl reke i dotknal jej policzka:
- Tamar - wychrypial. Podskoczyla, by przyniesc wody dla zwilzenia mu ust. Zlapal ja za reke.
- Nie odchodz - szepnal. Usiadla przy nim.
- Jak sie czujesz? - spytala zdlawionym glosem. Dluzsza chwile nie odpowiadal, a potem stwierdzil z lekkim zaskoczeniem w glosie:
- Jaka jestes sliczna, Tamar... Ladnie ci w tej czerwonej tasiemce.
Zdziwiona, ale i ucieszona siegnela do wlosow, w ktore miala wpleciona tasiemke. Po raz pierwszy uslyszala od niego cos milego. Nachylila sie z wdziecznoscia do jego reki, by zlozyc na niej pocalunek. Ale kiedy podniosla glowe, Er juz nie zyl...

Tamar westchnela. Wspomnienia przebiegaly jej przez pamiec, mieszaly sie z tlumem obserwowanym na drodze. O, wlasnie idzie jakas karawana! Czy to kupcy z Adullam? Podniosla sie i zapytala przechodzacego poganiacza mulow. Tak, w karawanie sa rowniez mieszkancy Adullam. Stala wiec i patrzyla, zakrywajac twarz czerwona zaslona wyszywana drobnym sciegiem. Nie, nie ma go. Trzeba usiasc i czekac dalej...

ciag dalszy tutaj

copyright by Masmika Haba
zabka7@poczta.fm

Powrot do spisu tresci