Narodziny
Pismo podaje:
"Henoch żył 65 lat i zrodził Matuzalema"
Ale to żona Henocha w bólach porodowych krzyczała. Henoch siedział przed namiotem i z niecierpliwością oczekiwał na swe pierwsze Ojcostwo.
Siwowłosi kronikarze napisali: Henoch zrodził Matuzalema. Nie napisali, że kiedy zajrzał w szafirowe oczy syna - jego dotychczasowy Spokój i Zadumę zastąpiła mieszanina Dumy i Niepokoju.
Dumna niespokojność - jak tę delikatną kruchość dziecięcego ciałka wypełnić spadkobierstwem Rodu Adamowego oraz Niespokojna Duma - czy potrafi podobnie jak jego ojciec, który z nic nie znaczącego podrostka uczynił ogólnie szanowanego Henocha, czy teraz on zdoła z tego nierozumnego, rozwrzeszczanego maleństwa - uczynić Głowę i Patriarchę, Przewodnika i Kapłana...
Tego dnia Henoch wyglądał Boga z większą niecierpliwością niż dotychczas, a Bóg bardziej niż dotychczas opóźniał swoje przybycie.
Gdy tylko ujrzał Go na horyzoncie, wybiegł i upadł Mu do nóg. Dziś bardziej niż kiedykolwiek potrzebował rozmowy. I poszli na spacer do ogrodu. Tam długo milczeli obserwując szeleszczący wzrost liści, giętkość łodyg i twardość spękanej kory drzew. A potem Bóg rzekł:
- Henochu, czy widzisz to wszystko?
- Tak, Panie.
- Kto daje wzrost liściom, kto kształtuje giętkie łodygi, kto utwierdza w podłożu pień drzewa?
- Ty, Panie.
- A jaki udział ma w tym twoja Duma?
Henoch zastanowił się:
- Dumny jestem ze wzrostu liści, którym Ty, Panie dajesz moc i siłę. Dumny jestem z giętkości łodyg, potrafiących w swej giętkości oprzeć się wiatrom i utrzymać dojrzewające owoce. Dumny jestem ze stabilności pnia, który wkorzeniony głęboko, dzięki Tobie, Panie otrzymuje życiodajne soki i przekazuje je gałęziom, liściom i owocom.
- A jaki udział ma w tym twoja Niespokojność, Henochu?
Henoch uśmiechnął się.
- Niespokojność, bym umiał zadbać o właściwe podawanie pokarmu, właściwą opiekę i całkowitą Ufność w twoją Wszechmoc, Panie.
I tak zrodził Henoch Matuzalema.
Cel podróży
Mijały lata. Matuzalem doszedł do wieku, kiedy spod płachty rodzinnego namiotu wyjrzał na szeroki świat. Owionął go wiatr ganiający po szerokich przestrzeniach i kuszącym szeptem opowiedział o stadach pasących się dzikich koni, które można ujarzmić, o zimnych, orzeźwiających toniach jezior, wabiących chlupotem błyszczących ryb - i Matuzalem pokłonił się do nóg Henochowi prosząc o pozwolenie udania się w podróż. Matka słysząc to, załamała ręce:
- Mężu mój, chyba nie pozwolisz na tak nierozważny krok? Spójrz na niego, ledwie to odrosło od ziemi, a już chcesz go wydać na niebezpieczeństwa czyhające w drodze na niego?
I tu wskazała na swe dziecię.
A Matuzalem słysząc z jej ust o niebezpieczeństwach podniósł się, by sięgnąć po ulubioną broń, z powodu której nazywali go "Matuszalech" - niosący oszczep. Głową z racji wysokiego wzrostu zaczepił o płótno namiotu, co spostrzegłszy Henoch uśmiechnął się z rozbawieniem.
Żona jego zmieszana, ale nadal w wojowniczym nastroju, jak lwica broniąca swojego maleństwa dalej atakowała jękiem i lamentem:
- Owszem, wysoki jest, to prawda... ale głupi! Czyż onegdaj, gdy wysłałeś go po zakup worków z mąką nie przywiózł w zamian kupy drewna, którą znaleźć można w każdym obejściu?
Henoch z pełnym spokojem odparł:
- Żono moja, ta kupa drewna zwie się wozem i dzięki niej możemy nie tylko lekko transportować z daleka wielkie bagaże, ale i wyrabiając podobne urządzenia możemy sprzedawać je i zarabiać w ten sposób na wiele worków mąki, które - miast na swoim grzbiecie - przywieziemy wykorzystując siłę tylko jednego konia. Nie głupota, ale mądrość kierowała naszym synem.
Kobieta widząc upór i jednomyślność stojących naprzeciw niej mężów westchnęła i tym westchnieniem wszelką odpowiedzialność za przyszłość, przeszłość i teraźniejszość zrzuciła na barki Henocha. A ten ująwszy pod ramię swego syna wyszedł na wieczorny spacer.
Wiatr uspokojony ich decyzją przycichł, a Henoch podjął w rozważnym zamyśleniu:
- Matuzalemie, nie obawiam się o twe życie. Powierzyłem je już dawno Bogu, który zapewnił mnie o twej długowieczności. Niepokoi mnie tylko cel, w jakim wybierasz się w tak daleką podróż.
- Czyż nigdy ojcze nie pragnąłeś - odparł na to Matuzalem - udać się w drogę bez celu, bez planów, dla samego tylko sprawdzenia sił i własnych możliwości?
- Nie, synu, nigdy nie ma podróży bez celu. Zawsze, kiedy wybierasz się w drogę - masz plan. I teraz mi go przedstawiłeś.
- Jak to? - Matuzalem zadziwił się niezrozumiałą przenikliwością ojca.
Henoch przystanął i spojrzał mu ciepło, z uśmiechem, głęboko w oczy:
- Powiedziałeś - chcę sprawdzić własne siły i możliwości. To jest objawiony twój cel i plan. I popieram go. Pamiętaj tylko o jednym. Droga twoja niech będzie drogą mądrości. Na drogę bezbożnych nie wchodź, lecz podążaj torami sprawiedliwości. Gdyż droga sprawiedliwych jest jak blask zorzy porannej, która coraz jaśniej świeci aż do białego dnia.
A potem długo spacerowali, aż ich postacie ukryła głęboka noc.
Niepokój
- Panie, Panie mój!
- Słucham cię Henochu.
- Mój syn jest już drugi rok poza domem. Nie mam o nim żadnej wieści. Nie wiem, czy pławi się w bogactwie i zaszczytach, czy w gnoju i ubóstwie.
- Powiedz, mój drogi przyjacielu, czy będąc w bogactwie twój syn przestaje być twoim synem?
- Nie, Panie.
- A czy będąc w gnoju i ubóstwie traci coś ze swego dziedzictwa?
- Nie, Panie, zawsze i wszędzie, cokolwiek z nim się stanie - zawsze to będzie mój syn Matuzalem.
- O cóż więc się zamartwiasz, Henochu?
- O to, Panie, że będąc bogatym zapomni o mnie, a będąc ubogim - będzie się wstydzić do mnie powrócić.
- A czego uczyłeś go w czasie, gdy przebywał wraz z tobą?
- Tego, Panie, czego Ty mnie uczyłeś.
- A więc możesz być spokojny.
Miasto
Ruch na świeżym powietrzu i młodość dopominały się o pożywienie dla ciała. Skierował się w miejsce zalatujące smakowitymi zapachami. Gospoda pełna była gwaru i zaduchu. Goście hałaśliwie komentowali zalety, jak i wady kuchni.
Matuzalem przysiadł w kącie ze swoją porcją, nie dane mu było jednak zaznać spokoju. Grupa podpitych wyrostków zaciekawiona nową postacią przysiadła obok niego.
- Kim jesteś, przybyszu - padło pierwsze pytanie.
- Nazywają mnie Matuzalem.
- Jakiego króla jesteś poddanym? Skąd pochodzisz?
- Jestem synem Henocha i nie mam nad sobą żadnego króla. Jestem wolnym człowiekiem.
Na to stwierdzenie towarzysze wybuchnęli śmiechem.
- Wolnym człowiekiem? A któż z nas jest wolny? Popatrz na tego, co siedzi przy tamtym stole - silny, uzbrojony, a jednak musi na każde skinienie dowódcy stawić się... bo jest żołnierzem! A dziewka, która nas obsługuje - jest służką karczmarza. Gdzie znajdziesz wolnego człowieka? I w ogóle, czym jest - wolność?
- Prawdziwy wolny - to ten, który umarł. Ten żadnemu Panu nie musi się opowiadać - wtrącił inny bawiąc się nożem.
- No, chyba, że Arymanowi, Panu Nocy i Śmierci - wybełkotał jednooki myśliwy i wychylił kolejny kubek wina.
Na dźwięk tego imienia zerwał się żołnierz i porwał za włócznię.
- Nie waż się wymieniać tego słowa, bo ściągniesz na nas klątwę! - zakrzyknął z gniewem.
Myśliwy wstał chwiejąc się na nogach.
- Będę mówił, co mi się podoba! Jestem wolnym człowiekiem!
Ostatnie słowa wyszły z jego ust z krwawą pianą. Trafiony w brzuch włócznią zwinął się w agonii pod stołem. Rozgorzała bójka. Matuzalem porwał swój talerz i schronił się pod ścianą budynku. Pijani mężczyźni nie pytając o przyczynę zatargu włączali się do bijatyki rozdając ciosy na prawo i lewo. Szczęk rozbijanych glinianych naczyń mieszał się jękiem rannych i złorzeczeniem karczmarza, który próbował ratować co się dało.
Po pewnym czasie wszystko się uspokoiło.
Matuzalem wyszedł z kąta i usiadłszy przy jednym z ocalałych stołów dokończył posiłek. Jeden z uczestników prowadzonej wcześniej rozmowy podszedł do niego ocierając z krwi rozbite usta.
- Czemu nie brałeś udziału w walce? - zapytał.
- Ojciec uczył mnie, że ten, kto potrafi opanować samego siebie, więcej znaczy niż bohater, a człowiek nieopanowany jest jak miasto z rozwalonym murem.
- Ha! - zakrzyknął mężczyzna. - Opanowanie... jest zwykłym tchórzostwem! Jeśli pod twój dom przyjdzie zgraja rabusiów i spali twoje mienie, zgwałci żony i córki, cóż po twoim opanowaniu?
- Nie mówię o obronie. Mówię o bezsensownych bójkach, takich jak ta, która tu się rozegrała, kiedy ludzie bez sensu tracą swoje życie.
Matuzalem podniósł się i skierował do wyjścia. Jego towarzysz podniósł się również i wyciągnął do niego rękę:
- Nazywam się Erech. Chciałbym ci towarzyszyć.
Matuzalem uścisnął mu dłoń na zgodę.
Racja ojca
Do Henocha przybyli Ojcowie. Henoch ujrzawszy ich pokłonił się. Zakrzątnął się przy gościnie, obserwując ich uważnie, gdyż widać było, iż przyszli do niego w zaaferowaniu i konkretnym zamiarze.
Kiedy gościnnym rytuałom stało się zadość, mowę podjął najstarszy z Rodu:
- Słyszeliśmy, Henochu o twej decyzji wysłania swego syna Matuzalema w świat. Jakkolwiek jest to Twój syn, jednakże nie pochwalamy tej decyzji.
- Czemuż to, Ojcze Adamie? - spytał z niejakim zakłopotaniem Henoch.
- Wiesz dobrze, jaki świat stał się zepsuty. Odkąd pozwoliłem szatanowi na zagarnięcie mego dziedzictwa - tu Adam pochylił z niekończącym się zawstydzeniem siwą głowę - zło panoszy się wszędzie. Mord i nieczystość, kradzieże i ohyda życia opanowały ludzi. Jedyna enklawa Bożego posłuszeństwa jest w naszym rodzie.
- Jestem tego świadomy, Ojcze Adamie. Z pełnym jednak szacunkiem - czy oznacza to, iż mamy zamykać się tutaj jako te bojaźliwe owce w zagrodzie, nie wynurzywszy nawet czubka nosa na otaczający nas świat?
- Matuzalem jest jak na razie podporą i pierworodnym naszego rodu! - Mahalalel z zapalczywością uderzył laską o ziemię. - Nie powinieneś, mój wnuku, tak ryzykować!
- Ryzykujemy samym życiem - próbował uspokoić go Kenan. - Wszystko wszak jest w rękach Wszechmocnego.
Henoch podchwycił te słowa i z nadzieją zwrócił się do swego ojca:
- Ojcze mój, Jaredzie. Wysłałem Matuzalema w nieznane, to prawda. Czyniąc tak kierowałem się jednak tym, co ty mnie nauczyłeś. Wielokroć przecież powtarzałeś mi, bym wychowywał chłopca odpowiednio do drogi, którą ma iść, a nie zejdzie z niej nawet w starości.
- To prawda - przyznał Jared. - Gdy drogi człowieka podobają się Panu, wtedy godzi On z nim nawet jego nieprzyjaciół.
- Jakże więc Pan poznałby prawość dróg Matuzalema, jeśli nie udałby się on w nieznane? Jakże Matuzalem poznałby wolę Najwyższego i miałby sposobność okazać Mu wierność, jeśli by nadal przebywał w bezpiecznym i chronionym z wszystkich stron gnieździe?
Na to słowo Ojcowie nie mieli słów odpowiedzi. A Henoch zaklaskawszy posłał sługi po kolejny dzban wybornego soku winogronowego.
ciąg dalszy tutaj
copyright by Masmika Haba
zabka7@poczta.fm