html> Henoch

To, co najlepsze

Wersja bez "ogonków" tutaj

Makaron
Henoch wyszedł przed dom i spotkał Boga.
Skąd wiedział, że to Bóg? Nie powiem ci. To się wie. (Gdy spotkasz Boga, też będziesz o tym wiedzieć...)
I Henoch ucieszony zaprosił go do domu.
Żona Henocha, usłyszawszy o Niezwykłym Gościu wpadła w panikę:
- Taki Gość... taki Gość! Czym my Go ugościmy? - labiedziła. - Przecież to ktoś ważniejszy niż minister, ważniejszy niż sam Król!
- Nic się nie martw kobieto - uspokajał ją Henoch. - Daj to, co mamy najlepszego i o nic się nie troskaj. Przecież to jest Bóg, a nie człowiek. A skoro jest Bogiem, a nie człowiekiem, to z racji swej Boskości wie wszystko. Wie również o tym, że to, czym Go ugościmy jest w istocie najlepsze, co posiadamy.
I rzeczywiście. Bóg w swej Wszechwiedzy widział szczodrość Henocha i zrobiło Mu się bardzo miło. Tak miło, że postanowił znów go odwiedzić.
I tak dzień po dniu Henoch gościł Boga tym, co miał najlepszego.
Aż pewnego dnia zniecierpliwiona żona wyrzuciła przed nim gromadzące się w niej pretensje:
- Posłuchaj mnie, mój drogi mężu. Ja rozumiem, że to jest Bóg i że należy Mu się wszystko, co najlepsze. Ale wczoraj już i kaszy mi zabrakło... Co mam dziś podać?
- Podaj to, co masz najlepsze - z niezmąconym spokojem odparł Henoch.
- Ale mi już została tylko mąka! - krzyknęła za nim z gniewem. Henoch odwrócił się w progu.
- To zrób makaron - powiedział i wyszedł z kuchni.
Makaron na obiad? Dla samego Boga????
To się w głowie nie mieściło... Ale Bóg w swej Wszechwiedzy wiedział, że ten makaron to coś, co Henoch w tej chwili miał najlepszego. I smakował mu ten makaron jak najlepszy rarytas.


Niepokój i pełnia
Tej nocy żona Henocha długo nie mogła zasnąć. Nad ranem pociągnęła męża za rękaw i powiedziała:
- Mężu mój, ogarnia mnie pewien niepokój.
- O cóż, moja żono?
- O te odwiedziny. Bo niby gościmy samego Boga, a jednak odnoszę wrażenie, że przychodzi do nas jeden z tych przyświątynnych żebraków.
- Czemuż odnosisz takie wrażenie, moja żono?
- Bo zwróć uwagę na to, że jakkolwiek z wielkim szacunkiem obdarzamy Go tym, co mamy najlepszego, atoli ani razu nie zostaliśmy przez Niego obdarzeni. A przecież to jest Bóg!
I ta trafna w swej logice myśl zastanowiła Henocha. Niczym jednak się nie zdradzając po raz kolejny przyjął w swych progach Boga. Ale Bóg w swej Wszechwiedzy wyczuł niepokój, jaki go ogarnął i zapytał:
- Henochu, czy mógłbym poprosić cię o małą przysługę?
- Cokolwiek sobie życzysz, Panie.
- Odprowadź mnie proszę, kawałek drogi.
I poszli. A w trakcie drogi Bóg zadał podchwytliwe, acz delikatne pytanie:
- Czy jest coś Henochu, co cię niepokoi?
Henoch zastanowił się. Wiedział, że wypowiedzenie swego niepokoju byłoby Gościnnym Nietaktem, nauczony jednak przez swych Ojców szczerości, tak w końcu się wyraził:
- Boże mój, znasz kobiety. Nigdy nie patrzą na dzień wczorajszy, ani jutrzejszy. Interesuje je tylko to, co widzą w pobliżu swego nosa. Otóż moja żona dnia dzisiejszego nie zobaczyła nic, oprócz Braku. Jej niezadowolenie wywołało u mnie niepokój.
- Czego brak twej kobiecie, jeśli jest w niej Pełnia?
Henoch zaskoczony przystanął:
- O jakiej Pełni mówisz Boże?
- Pełni życia, Henochu. Pierwszego dnia, gdy do ciebie przyszedłem, przyniosłem ze sobą dar. Z tego też powodu musisz być dla swej żony bardziej wyrozumiały.
- Dar? Pełnia życia? - Henoch w dalszym ciągu nie rozumiał. Bóg uśmiechnął się i wyjaśnił:
- Twa żona jest w ciąży. Za kilka miesięcy urodzi ci syna i nadasz mu imię Matuzalem. Twój syn przejmie Pełnię życia i stanie się synonimem Długowieczności. To jest mój dar.
Henoch otrząsnął się z zamyślenia i zawołał za odchodzącym Bogiem:
- Panie! Czy jutro także mnie odwiedzisz?
- Jeśli tylko tego zapragniesz - dobiegła go z oddali odpowiedź. I Henoch uradowany wrócił do domu.


Ptasia wiara
Radość mężczyzny nie zawsze jest radością kobiety i odwrotnie. Żona Henocha ucieszyła się z Bożego prezentu, aczkolwiek zaraz potem zaczęły się troski i lamenty:
- Drogi mężu - załamywała ręce - Wielcem rada z powodu Daru, jaki otrzymaliśmy... ale czyż Bóg nie ma Bożego Rozsądku? Wszak każdy, nawet najgłupszy handlarz wie o tym, że jeśli kupuje się kozę, to trzeba mieć również pieniądz na postronek...
- Co ma do Boga handlarz i koza? - zadziwił się Henoch.
- A to - zirytowana żona podparła się pod nieco już zaokrąglone boki - że jeśli już Pan Bóg pofatygował się, by dać swój prezent, powinien zadbać też o to, by było co włożyć do dzioba pisklakowi i czym przyrodzenie przyodziać. A jak na razie garnek pustoszeje z powodu Twojej szczodrości w przyjmowaniu Gości pod naszym dachem.
Henoch pokręcił ze zgorszeniem głową.
- Żono, moja żono. Ptaki mają gniazda, nie sieją i nie orzą, a Bóg i o nie ma staranie. Czemuż by nie miał i o naszego pisklaka zatroszczyć się?
- Bo ptak głupi i jakby Bóg się o niego nie troszczył, znaczyłoby to, że Stwórca z niego - bez obrazy - nie dorobiony. Bo znaczyłoby to, że zaczął dzieło i nie skończył, czyż nie?
Tu zadowolona ze swej kobiecej logiki chciała wykręcić się na pięcie i wyjść do kuchni, kiedy zatrzymał ją w drzwiach spokojny głos Henocha:
- Prawdą jest, co żeś rzekła. Ptak głupi, rozumu nie ma, to i wiary nie ma. Trzeba się o niego troszczyć. A tyś mądra, to i wiarę masz, że cię Bóg bez opieki nie zostawi. A jeśli wiary nie masz - to znaczy, żeś głupia jako ten ptak i Bóg musi się o ciebie zatroszczyć, bo Stwórca z niego Doskonały, a nie - bez obrazy - niedorobiony.

ciąg dalszy tutaj

copyright by Masmika Haba
zabka7@poczta.fm

Powrot do spisu tresci