Jak wuj zboj na ludzi wychodzil

czyli
historia mrozaca krew w zylach, opowiedziana pewnej Kaczˇszce przez pewnego Jarka

Ano napisze, choc to historia mrozaca krew w zylach.

Dlaczego mrozaca? Pojecia nie mam, ale taki wstep dobrze brzmi!

Sie obiecalo, to trzeba zaczac historyzowac....

A historia zaczyna sie w wiekach zamierzchlych, czyli w wujowej szkole podstawowej. Albo co tam, jesli juz grzebiemy sie w skorupach, to niech zacznie sie od samego poczatku - od mojego pierwszego wspomnienia, zabawne, ze waznego. Nie wiem, ile wtedy mialem lat czy miesiecy, wiem, ze wchodzilem na czworakach do kuchni. Na spotkanie wyszedl do mnie, rowniez na czworakach, nasz kot. Mial takie zielone oczy, wiec wyciagnalem palec, zeby zobaczyc, z czego sa zrobione. Kotu sie ten pomysl nie spodobal, wiec zmyl sie pod kredens. Koniec wspomnienia :)

Dlaczego to wazne wspomnienie? O tym moze pozniej, ostatecznie cos musi pomrozic krew w zylach.

Potem wychowywalem sie pracowicie, spelniajac role jedynaka w rodzinie jak najbardziej katolickiej. Niestety, poszedlem z czasem do szkoly jakoz i na religie (w tamtych czasach religia nie bywala w szkole, lecz w kosciele). To pierwsze spowodowalo, ze stalem sie bardzo madry. To drugie zas skonfrontowalo moja madrosc z madroscia siostr zakonnych na poczatek a ksiezy na koniec. O ile mnie pamiec nie myli (zas pamiec mam dobra ale krotka), konfrontacja z madroscia siostr wypadla pokojowo, poza tym, ze jedna z lekcji zakonczyla mi sie zlamaniem nogi (tam byly takie krecone schody strasznie fajne do zbiegania). Nawet jak trzeba bylo napisac w domu przyklady na przekroczenie kazdego z dziesieciu przykazan, to napisalem i to bez zadnych polemik, choc nie wiedziec dlaczego pomysl zadania takiej pracy domowej dziecku w wieku okolo dziesieciu lat bardzo rozsmieszyl moich rodzicow.

Dopiero jak pojawili sie ksieza to na skutek scierania sie owych madrosci zaczely pojawiac sie blyski a potem wrecz pioruny. Grzmotow nie bylo, bo to nie w stylu moich rodzicow, a ksiedzu nie bylo wolno. I jakos tak odnosze ciagle wrazenie, ze te pioruny celniej lecialy w strone osoby starszej wiekiem i stanowiskiem... Pamiec jest wybiorcza, ale z tego co pamietam to dzis mowilbym to samo. (Kaczuszko, wiem, ze ponetna jest interpretacja: siostry to kobiety, wiec mowily rozsadnie, a ksieza to mezczyzni, wiec wiadomo. Ale nadmienie skromnie, ze moze pewna role odgrywal tu takze postepujacy nieublaganie rozwoj szarej komorki przyszlego wuja).

Chyba pierwszy tak naprawde powazny konflikt pojawil sie, kiedy ksiadz zapytal na lekcji:
- "Dlaczego Bog nie ukaral Adama i Ewy smiercia?"
- "Bo to bylaby potworna niesprawiedliwosc" - odpowiedzialem. Ksiadz nie mogl tego zniesc, gdyz po pierwsze oczekiwal odpowiedzi: "z milosci", a po drugie, nie widzial zadnej niesprawiedliwosci... A ja do dzis dnia nie zmienilem zdania na ten temat.

Z tym, ze kiedys zupelnie nie rozumialem, jak pogodzic wszechmoc i milosc Boga z tym, co sie stalo w Edenie i z tym, co sie dzieje teraz na ziemi. Oraz z paroma innymi drobiazgami... I w efekcie uznalem, ze idea Boga jest nielogiczna, wewnetrznie sprzeczna. Poza tym nie widzialem zadnego powodu, dla ktorego mialbym wierzyc w Boga. Ostatecznie swiat da sie znacznie sensowniej, logiczniej, konsekwentniej opisac bez wprowadzania zapchajdziury zwanej Bogiem. Zostalem wiec ateista i zaczalem swoj ateizm cwiczyc, glownie na biednych ksiezach katechetach. A w szkole sredniej rowniez na kolegach. W podstawowce na kolegach ani kolezankach sie nie dalo; plec meska ruszala wiele lepiej piesciami niz rozumem, a zenskiej sie jakos wstydzilem. Za niektorymi pieknosciami ogladalem sie co prawda (na przyklad za niejaka Ewa i niejaka Marysia), ale wuj byl takim bardziej niesmialym chlopczykiem... W stosunku do dziewczynek, sie rozumie.

Na styku podstawowki i liceum wydarzylo sie cos naprawde powaznego. Wtedy zdawalo sie egzaminy do liceow. Marysia poszla na egzamin, ale zapomniala legitymacji szkolnej. Dyrektor nie pozwolil jej zaczac pisac bez legitymacji, wiec pojechala szybko do domu, wziela legitymacje, wrocila - ale bylo juz za pozno i dyrektor nie wpuscil ja na sale. Marysia wrocila do domu i odkrecila gaz. Rodzice przyszli z pracy pozno. Pogrzeb Marysi byl ostatnim spotkaniem calej naszej klasy.

Ta bezsensowna smierc zrobila na mnie duze wrazenie. Chociaz nie wierzylem w Boga, pomyslalem sobie, ze tak na wszelki wypadek bede sie modlil za Marysie. Ostatecznie jesli Boga nie ma, to nikomu to nie zaszkodzi, a jesli jest, to moze pomoc. Modlilem sie wiec co wieczor, a szczegolnie we wtorki, bo ten egzamin byl we wtorek. Zreszta modle sie za Marysie do dzis. Naturalnie, nie zmienilo to w zadnym stopniu ani moich opinii ani moich argumentow w dyskusjach z ksiezmi. Jestem jednak prawie pewien, ze bez tych modlitw bylbym do dzis ateista. Wiele rzeczy w ogole nie przyszlo by mi do glowy i wiele widzialbym w zupelnie innym swietle.

Ale wrocmy do opowiadania. Kiedy pierwszy raz przyszedlem do naszego liceum, w szatni spotkalem takiego jednego pryszczatego zula. Jak go zobaczylem, to pomyslalem: kurcze, zeby tylko ten drab nie byl w mojej klasie! No i naturalnie okazalo sie, ze ow drab jest z tej samej klasy, co ja. Na szczescie geba nie swiadczy o czlowieku i Tadek zostal moim najlepszym przyjacielem. Z git-ludzmi nie mial nic wspolnego, tylko wyglad mial klasyczny :) Za to byl gleboko wierzacy i duzo na ten temat rozmawialismy. Argumentowanie szlo mu lepiej, niz ksiezom (coz, szczerze mowiac wcale nie jestem pewien, ze to przypadek, bo clopak byl lebski a z ksiezmi bywalo roznie), choc tez nieskutecznie. Jednak musialem sie starac, zeby wymyslac coraz to nowe "dowody na nieistnienie Boga" (chodzilo zwykle o logiczne sprzecznosci w pojeciu "Bog").

Pewnego razu, kiedy wracalismy po lekcjach do domu, naraz doznalem olsnienia. Przeciez jest niezbity dowod na to, ze Boga nie ma! Przynajmniej takiego, w jakiego wierzy Tadek. I natychmiast wylozylem ten dowod:
- "Gdyby Bog istnial i gdyby, jak mowisz, byl wszechmocny i naprawde kochal wszystkie swoje stworzenia, w tym i mnie, wtedy przeciez udowodnilby mi, ze istnieje!".
No tak. Dowod to byl rzeczywiscie kladacy. Ale Tadek byl nie w ciemie bity i zwrocil mi uwage na jeden drobny szczegol:
- "OK. Ale musisz dac Bogu wolna reke. W szczegolnosci musisz zostawic do Jego dyspozycji sposob i miejsce wykonania dowodu. Naturalnie, jak dlugo nie otrzymasz tego dowodu, tak dlugo mozesz uwazac, ze Go nie ma. Ale nie mozesz tez tracic cierpliwosci i pewnego dnia oswiadczyc, ze juz minal termin."

Zgodzilem sie z ta poprawka do dowodu, bo brzmiala sensownie i uczciwie. Ostatecznie jak sie juz gra, to trzeba grac fair.

Potem mijaly lata. W miedzyczasie zaczal mnie bawic jezyk angielski, bo mielismy taka dziwna nauczycielke. Stara, zasuszona pani, ostra jak brzytwa, ale jakos zyskalem jej sympatie (to pewien sukces, bo wcale nie bylem taki sympatyczny, ona zreszta tez niekoniecznie). Pod wplywem naszej Missis zaczalem chodzic do biblioteki British Council i stamtad wygrzebywalem ksiazki science fiction. Z czasem science fiction sie praktycznie skonczylo, wiec wzialem sie za popularnonaukowe dziela o psychologii, funkcjonowaniu mozgu, informatyce, parapsychologii i innych takich dziwactwach. To mi dawalo duzo do myslenia. Moj ateizm pozostal ateizem, ale przestal byc prymitywny. Zaczalem rozumiec, co to wlasciwie znaczy, ze czlowiek zbiera wiedze.

Trafialem rowniez na ciekawe ksiazki o wschodnch religiach i filozofiach. W ten sposob zawedrowalem w strone buddyzmu. Bylem wtedy juz studentem, wiec wypozyczylem sobie z biblioteki uniwersyteckiej taka ogromna ksiege z jakimis podstawowymi traktatami buddyjskimi, co to bylo juz nie pamietam, ale wrazenie robilo, chociazby samymi rozmiarami (i tym, ze musialem podpisac jakies specjalne dokumenty, zeby mi to w ogole do domu pozyczyli).

Buddyzm byl dla mnie o tyle atrakcyjny, ze to tez jest ateizm, ale nie taki prymitywny, ktory mnie juz zdecydowanie wkurzal. Poza tym buddyzm ma w sobie piekna tresc moralna: milosc do bllizniego pojawia sie w nim w sposob naturalny. Poniewaz dla buddysty ty to ja, wiec naturalne jest, ze kocham ciebie jak siebie, zas masochizmem jest wyrzadzanie ci jakiejkolwiek krzywdy. Dotyczy to nie tylko ludzi, ale i zwierzat. Bogowie i demony wszelkiego rodzaju pelnia w buddyzmie jedynie role tradycyjnej kosmologii; o jednych mowi sie, ze pomagaja w osiagnieciu Oswiecenia, o innych, ze przeszkadzaja, ale w gruncie rzeczy cale to towarzystwo nie ma dla raz Oswieconego zadnego znaczenia. Dla buddysty te wszystkie istoty "nadprzyodzone" sa takimi samymi zagubionymi w swiecie cudakami jak ludzie, tylko moze potezniejszymi, zyjacymi lepiej i dluzej, lub gorzej i dluzej niz czlowiek. Tacy kosmici rodem z indyjskich czy japonskich galaktyk :) Celem buddysty nie jest odddawanie czci zadnemu z nich ani ich nasladowanie. Celem buddysty jest doznanie Oswiecenia i przez to polaczenie sie na zawsze z Jednoscia, z tym, czym jest wg. buddyzmu wszystko, co istnieje.

Buddysta uwaza, ze swiat dzieli sie na ludzi, bogow, demony, zwierzeta, kamienie i inne takie cudenka dlatego, ze owi ludzie, bogowie itd itp sa w stane zludzenia - nie zdaja sobie sprawy z tego, ze sa Jednoscia. W tym swiecie zludzen dziala prawo karmy: podczas zycia kazda jednostka zbiera dobre i zle punkty za swoje postepowanie, a po smierci odradza sie w nowym ciele, takim, jakie dostanie za owe punkty. I znow zbiera, i znow sie odradza, i tak w kolo Macieju. Ta petla reinkarnacji jest w praktyce hinduskim odpowiednikiem piekla (hinduskim, bo naturalnie jest typowa nie tylko dla buddyzmu). Buddysta wyrywa sie z tego piekla przez Oswiecenie. Oswiecenie to praktyczne odczucie zwiazku z Jednoscia. Kiedy odczuje sie te Jednosc, zludzenie pryska i juz tylko trzeba pozyc troszke, zeby dopalic punkty karmy (coz, fair play) - a po smierci nie odradzasz sie wiecej, lecz stapiasz sie z Jednoscia. Taki ktos Oswiecony nazywa sie za zycia Budda (czyli Budda to nie zaden bozek, jak go nasi domowi krytycy usiluja przedstawic; kazdy moze zostac Budda).

Zafascynowal mnie buddyzm, a szczegolnie buddyzm zen. Zen byl wtedy modny wsrod studentow w Polsce, dzieki swietnej ksiazce Suzukiego, ktorej nowe wydanie wlasnie sie w tym czasie ukazalo. Ta ksiazka uczyla mnie zen. Na szczescie nie siedzialem w lapach zadnego mistrza, bo ci maja nierzadko silna osobowosc i mogloby mi mojej niedoswiadczonej osobowosci zabraknac; zostalbym wtedy buddysta na amen. Ale chyba to mi nie grozilo, bo jak to dzis rozumiem, cala ta zabawa byla pracowicie przeprowadzanym Prywatnym Dowodem na Istnienie Boga. Trzeba bylo delikwenta (czyli przedwuja) przygotowac...

Tym czasem delikwent byl juz w srodku studiow. Kiedys spotkal takich smiesznych ludzikow, ktorzy i dzis kreca sie po stolicy. Dzis nosza pomaranczowe ubranka, wtedy byli ubrani normalnie, bo i za dzinsami trzeba bylo stac w kolejkach, a o pomaranczowych szatach nawet marzyc sensu nie bylo. Towarzystwo Swiadomosci Kriszny. Delikwent rozmawial z nimi, bo bylo fajnie rozwijajacemu sie buddyscie pogadac z hindusami. Duzo wspolnych tematow. Tylko, ze oni uwazali, ze owa buddyjska Jednosc jest tez rodzajem zludzenia. Mowili o niej" chmura bezosobowego Brahmana". Brahman to taki bog, ktory co jakis czas tworzy swiat a potem go niszczy. Jest on wlasciwie odpowiednikiem budyjskiej Jednosci, z tym, ze wedlug hindusow rowniez Brahman jest elementem kola reinkarnacji. Buddysta staje sie Brahmanem dzieki karmie zdobytej przez Oswiecenie, ale z czasem, po wielu, wielu swiatach, karma ta sie wypala i Brahman staje sie, na przyklad, zaba albo czlowiekiem :) Natomiast istnieje - wedlug hindusow - poza tym swiatem brahmanowym (ktory jest swiatem zludzen, okreslanych slowem "maya", i w ktorym wszystko kreci sie w kole reinkarnacji napedzanym karma, tymi punktami za dobre i zle uczynki) rowniez Raj. Ten raj to Krolestwo Boze. Bog (a raczej Trojca, ktora jest Jednoscia lecz przejawia sie w trzech osobach, nazywanych roznie w roznych tradycjach) zabiera tam te istoty, ktore Go kochaja, i stamtad nie trzeba juz wracac w krag reinkarnacji. Bog jest prawdziwym Stworca wszystkiego i kocha swoje stworzenia; On tez wie, co dla nich jest najlepsze, dlatego trzeba Mu zaufac. Bog znany jest pod roznymi imionami i wcieleniami; wg. krisznaitow najwazniejszym z tych wcielen jest dzis Kriszna, ktory podyktowal niejakiemu Arjunie swieta ksiege - Bhagavad Gite. Probowalem sie uczyc na niej sanskrytu, ale sie nie nauczylem :(

Moi rozmowcy twierdzili, ze w dzisiejszych czasach jedyna skuteczna metoda by osiagnac zbawienie jest oddanie sie Bogu w bardzo prosty sposob: przez wolanie Go. Mozna go wolac, na przyklad, spiewajac mantre: "Hare Kriszna, hare Kriszna, Kriszna Kriszna, hare hare. Hare Rama, hare Rama, Rama Rama, hare hare". (Rama to inne, dawniejsze wcielenie Boga, zas "hare" to tyle, co "Pan"). Melodia ladna, wiec spiewalem sobie; ostatecznie mialem byc uczciwy, zas jesli Boga nie ma to i tak spiewanie ladnej piosenki mi nie zaszkodzi.

Spiewalem sobie (naturalnie, nie bez przerwy, ale czesto) nie wiem jak dlugo. Miesiace moze? I wtedy powrocil kot, ten od zielonych oczu ktore nie chcialy palucha. Kot powrocil podczas mojego spaceru z psem, zreszta psem moich dzisiejszych tesciow. Medytowalem sobie wlasnie, probujac usunac wszystkie mysli i wrazenia; staralem sie dojrzec Pustke (naturalnie, nie wpadajac po drodze pod samochod, ale o to uwazanie nie bylo trudno, bo dzialo sie wszystko sennym wieczorem w sennej podwarszawskiej miejscowosci). I oto udalo sie... Byla Pustka, byla Jednosc z Pustka i z Wszystkim. A to wszystko proste jak drut, az dziw, ze dopiero teraz to zauwazylem. Przeciez wiedzialem to juz od momentu mojego najstarszego wspomnienia!

I wlasnie wtedy, w momencie Oswiecenia, dotarlo do mnie cos jeszcze. Otoz ta Pustka byla MOJA. Niby drobiazg, ale wazny. Bo w ten sposob w przerazliwie jasny sposob dostrzeglem siebie. To byl ten sam Ja, ktory ze dwadziescia lat wczesniej czworaczyl sie z tym kotem... I to byl na dodatek Ja, ktoremu wisi buddyzm z jego bezosobowa Jednoscia. I ten Ja pragnie wszechmocnego Boga, Boga, ktory jest miloscia. Jesli mam wiec wierzyc we wlasne Ja, nie moge nie wierzyc w Boga, bo sam bym przeczyl swojej naturze!

Dostalem wiec dowod, i to dowod nie do obalenia. Zeby go obalic, musialbym zaprzeczyc nie dosc, ze wlasnemu istnieniu, to jeszcze na dodatek wlasnej naturze. Mocniejszego dowodu nie moglem sie spodziewac. Bo nawet widok plonacego krzaka i glos z niebios mozna odrzucic jako zludzenie lub pokuse sil dziwacznych a kto wie, moze nieczystych - i pozostac potem soba. Natomiast odrzucenie wlasnej natury to wdanie sie w wieczny, swiadomy konflikt z soba samym, to wlazenie przez dziurke od klucza do piekla szalenstwa. Takiego dowodu nie ma sensu odrzucac.

Na dodatek, jesli by sie przyjelo dowod polegajacy na cudownym objawieniu sie Boga w plonacym krzaku, to bylby to dowod zniewalajacy, narzucony z gory: "Patrz, ja tu jestem, wielki, potezny, mnie sie nie oprzesz!". Natomiast dowod przychodzacy od wewnatrz jest dowodem wlasnym, nie cudzym. Najbardziej wlasnym, jak mozna to sobie wyobrazic. Jest wiec nie tylko najbardziej przekonujacy, lecz na dodatek najbardziej wolny z mozliwych.

Bog przyszedl do mnie pod imieniem Kriszny. Nie mialem jednak zadnych rozsadnych powodow, zeby przylaczyc sie do Towarzystwa Swiadomosci Kriszny! Wiedzialem, ze to zwyczajna religia, ktora na dodatek rozumiem tylko powierzchownie. Wiedzialem tez, ze imie "Kriszna" to tylko dzwiek. Ale wiedzialem tez, ze trzeba miec religie, bo religia jest jakby jezykiem, w ktorym mowi sie i mysli o Bogu. Bez religii czlowiek wierzacy w Boga jest na swiecie samotny i smutny. Chociaz ma Boga, ale Bog stworzyl czlowieka, aby ten dzielil sie z innymi; to dzielenie sie daje prawdziwa radosc i dzielacemu sie, i Bogu. A jak sie dzielic, jak mowic o Bogu bez religii? Toz nikt nic nie zrozumie i nic nie wezmie!

Zaczalem wiec przygladac sie ostroznie mojej "rodzonej" religii, katolicyzmowi. I okazalo sie, ze tak naprawde to nie ma w niej zadnych bzdur ani zadnych sprzecznosci. Przedtem widzialem sprzecznosci, bo nie rozumialem, o czym jest mowa. Moi katecheci albo tez nie rozumieli albo (co bardziej prawdopoddobne) po prostu nie umieli mi tego zrozumienia przekazac (bo to jest potwornie trudne zadanie). Z czasem uznalem, ze moge spokojnie przyjac nauke katolicka. Okazalo sie, ze jak wychodza niespodzianie jakies niezodnosci z tym, co mowi katolicyzm i co mowi mi moje sumienie, to odrobina zastanowienia i juz wiadomo, jak pogodzic jedno z drugim. Podobnie okazalo sie, ze moge spokojnie przeczytac Biblie i nie pasc po drodze ze smiechu. Wiadomo, o co tam chodzi, choc w niejednym przypadku moje zrozumienie tekstu nie bedzie sie pokrywalo ze zrozumieniem, ktore mi przedstawi ksiadz, pastor czy inny wierny czytelnik Slowa Bozego. Wiem, ze to, co wazne dla nas obu, zrozumiemy tak samo; reszta to sprawy nie dotyczace albo mnie, albo jego, albo zadnego z nas. Bo Pismo to nie traktat naukowy, lecz Zywe Slowo kierowane bezposrednio do tego, kto je czyta.

I tyle chyba na dzis tego zbojowania po historii. Mam nadzieje, ze cie te opisy przezyc wujowych nie zmeczyly i nie spowodowaly, ze od teraz stalem sie w twych oczach poganinem, co buddom i krysznom sklada poklony a potem wystawia duchom i szczurom przodkow w miseczce z czaszki lysego orangutana przegotowane trzykrotnie na ogniu piekielnym mleko wscieklej krowy...


Jarek Dabrowski 24 Maja 2002