Jarek Dąbrowski (http://wujzboj.republika.pl), 26 marca 2005 (ostatnia edycja: 18.05.2005; uszkodzony plik odtworzony 06.09.2005)

Pełny tekst w formacie pdf : listDoMarusi.pdf

Pełny tekst bez JavaSctipt: listDoMarusi-noJS.htm


 

Dobre i złe sposoby, by uczyć

 

1. Wstęp

 

Pewien moj siostrzeniec zwrócił moją uwagę na fragment książki Richarda Dawkinsa1, zamieszczony na serwisie "Racjonalisty" i zatytułowany "Dobre i złe powody, by wierzyć". Jest to list do córki Dawkinsa, dziesiecioletniej Juliet, która została oddana wbrew woli ojca na naukę do katolickich zakonnic. Dawkins stara się zaszczepić dziecku scjentyzm (wiarę, że nauki przyrodnicze poznają jedyny realny świat i że tylko ich twierdzenia są wiarygodne) jako ateistyczny pancerz przeciwko wierze w Boga.  Podczas swojego napisanego w bardzo prosty i przystępny sposób wywodu wprowadza dogmaty swojej wiary w sposob nie tylko niezauważalny dla dziesiecioletniego dziecka, ale i trudny do zauważenia przez przeciętnego czytelnika, który przecież nie jest wyrobiony ani filoózoficznie ani naukowo. Sporą część swojego listu Dawkins poświęca następnie krytyce tradycji, autorytetu i objawienia, głównie na przykładzie religii katolickiej. Ostatecznie list kończy się wnioskiem, który - zdaniem Dawkinsa - zabezpiecza dziecko przed wiarą w Boga: jeśli ktoś ci powie coś o Bogu, to uwierz mu tylko, jeśli swoje opowieści podeprze naukowymi dowodami.

 

Proponuję Czytelnikowi, żeby na początek dokładnie zapoznał się z treścią i formą listu Dawkinsa. Ja w międzyczasie pozwolę sobie przygotować rozmowę jaka mogłaby przeóbiegać między małym dzieckiem a rodzicem wierzącym w Boga. Następnie napiszę list skieóroówany do starszego dziecka; list trudny, bo pozbawiony uproszczeń fałszujących istotę probóleómu - a pisany na wyrost do kogoś, kto nie ma najmniejszego pojęcia ani o nauce, ani o filoózofii. Aby go nie przedłużać, zajmę się w nim wyłącznie podstawami ludzkiego poznania, nie wchoódząc w żadne konkretne problemy religii. Na koniec powrócę do tekstu napisanego przez Dawkinsa, aby wskazać na demagogiczne przekłamania, za pomocą których autor - niewątópliwie w dobrej wierze - pierze mózg swojej córki. Omówię nie tylko kwestię ludzókiego poznania, lecz (w koncowej części) także sprawę tradycji oraz - już w mniejszym zakresie, aby się zanadto nie powtarzać - sprawę autorytetów i objawienia.

 

Ostatecznym moim wnioskiem będzie stwierdzenie, że nie istnieje i istnieć nie może żadna nauókowa recepta na poznanie, jak należy badać świat, aby dowiedzieć się rzeczy istotónych i pewnych, a ominąć nieistotne złudzenia. Nauka nie powie nam bowiem nigdy, czym jest to, co ona bada. Nauka nie powie nam też nigdy, czy powinniśmy nasze badania ograónióczyć do tego, co nauka bada.ó Już sam pomysł ograniczenia swoich badań do naukowych jest pozanaóukowy. Nauka mówi nam tylko, w jaki sposób to, co nauka bada, wpływa na to, co nauka bada. A w jakim celu powinniśmy te wyniki wykorzystywać i jakie metody działania stosować? Na to pytanie każdy musi już sobie odpowiedzieć samodzielnie. Żadna niania ani żadna nauczycielka ani żaden profesor nam w tym nie pomogą.

[ukryj tekst]


2. Kilka lat przedtem: Tatusiu, co się stało babci?

 

- Tatusiu, a gdzie jest babcia?

- Babcia musiała wyjechać na wieś do wujka Iwana. Nie mogła czekać, aż wrócisz z przedszkola. Masz od niej calusy!

- A kiedy babcia wróci?

- Nie wiem tak dokładnie. Wróci, jak będzie mogła.

- Ale my pojedziemy do babci na wieś, prawda?

- Jak babcia nie będzie mogła szybko wrócić, to latem ją odwiedzimy.

- A kiedy będzie lato?

...

- Marusiu, mam ci coś ważnego do powiedzenia.

- Co, tatusiu?

- Przyszedł list od wujka Iwana. Babcia zachorowała i jest w szpitalu.

- A pojedziemy do babci do tego szpitala?

- Tak, już kupiliśmy bilety na pociąg.

- Ja lubię jeździć pociągiem!

...

- Tatusiu, a czemu babcia wcale na mnie nie patrzy i nic do mnie nie mówi?

- Babcia jest w komie...

- A gdzie jest ta koma?

- Babcia jest w komie to znaczy, że nie może z tobą rozmawiać i nawet nie wiemy, czy nas słyszy.

- To ta koma nam tak przeszkadza?

- Tak, można tak powiedzieć...

- A kiedy ta koma sobie pójdzie, żebym mogła powiedzieć babci mój wierszyk?

- Pan doktor mówi, że nie wiadomo. A wierszyk powiedz i teraz. Jeśli babcia słyszy, to sie ucieszy.

- Dobrze. Ale gdzie w ogóle jest ta koma, tatusiu?

...

- Marusiu, mam ci coś ważnego do powiedzenia.

- Co, tatusiu?

- Babcia umarła.

- To znaczy, że babcia zrobiła coś ważnego?

- Tak. To znaczy, że nie będzie już z nami rozmawiała.

- Czy babcia obraziła się na nas? Tak, jak Jura obraził się, kiedy mu zabrałam kredkę?

- Nie. Babcia po prostu nie może już do nas przyjść i z nami rozmawiac. My też nie możemy do niej pójść.

- To ta koma babcię tak trzyma i nas nie puszcza?!

- Koma już poszła, ale śmierć przyszła.

- A kiedy ta śmierć sobie wreszcie pójdzie, żebym mogła powiedzieć babci mój wierszyk?

- Śmierć odchodzi jak tylko przyjdzie, ale zabiera ze sobą tego, po kogo przyszła.

- To śmierć zabrala nam babcie?

- Tak, Marusiu.

- A dokąd zabrała śmierć babcię?

- Nie wiem, Marusiu. Śmierć nie mówi, dokąd zabiera. Śmierć nic nie mówi.

- A czy śmierć odda nam babcie?

- Śmierć jeszcze nigdy nie oddała nikogo. Chociaż zabiera każdego.

- Ciebie tez kiedyś zabierze?

- Tak.

- A mnie też?

- Tak.

- A jak poproszę śmierć, to przyjdzie po mnie zaraz, żebym mogla opowiedziec babci wierszyk?

- Nie proś śmierci, żeby cię zabrała, bo potem nie będziesz mogła do mnie wrócić.

- A dlaczego nie możemy razem poprosić śmierci, żeby nas zaraz zabrała tam, gdzie babcię?

- Bo zanim śmierć nas zabierze, każdy ma coś do zrobienia tu, gdzie teraz jest z innymi.

- Ja też, tatusiu?

- Ty też. 

- A co ja mam do zrobienia?

- Na przykład kochać mnie, mamusię, Jurę, i dzieci w przedszkolu...

- I babcię?

- I babcię.

- A jakby mnie śmierć zabrała, to nie mogłabym kochać babci?

- Myślę, że mogłabyś. Ale teraz też możesz, prawda?

- Prawda.

[ukryj tekst]


3. Kilka lat potem: List do Marusi, czyli podstawy ludzkiego poznania

 

Przenieśmy się teraz wyobraźnią w szczęśliwy, naukowo-ateistyczny świat Związku Socójaólistycznych Republik Radzieckich z czasów stalinowskiej walki o powszechność naukowego,  klasowo słusznego światopoglądu. Oto radziecki fizyk marzy, by napisać list do córki oddaónej wbrew jego woli na wychowanie Komsomołowi. Marzy w karetce wiozącej go do zamkniętego szpitala dla osób cierpiących na niebezpieczne klasowo zaburzenia psychiczne...

 

Kochana Marusiu,

 

Teraz, kiedy jesteś już dostatecznie duża, żeby wspólnie z innymi dziećmi uczyć się o świecie i ludziach, chciałbym napisać ci o czymś, co jest dla mnie bardzo ważne. Chciałbym cię też przeprosić za to, że ten list może wydać ci się nieco trudny; napewno byłoby łatwiej, gdybyśmy mogli rozmawiać jak zwykle, po kolacji, obawiając tylko, że mama zaraz zajrzy do pokoju i każe nam wreszcie pójść spać. Lecz jestem teraz daleko i mogę do ciebie tylko pisać. Dlatego ponumerowałem niektóre akapity tego listu tak, żeby było łatwiej zauważyć, gdzie zaczyna się coś nowego i można na chwilę się zatrzymać, zastanowić i porozmawiać - niestety, porozmawiać tylko w wyobraźni.

 

 

1.   Czy zastanawiałaś się już kiedyś, skąd wiemy to, co wiemy? Skąd wiemy na przykład, jak zapisać na płycie gramofonowej głos śpiewaczki? I czy zastanawiałaś się, czy wszystko, co wiemy, wiemy tak samo? Czy tak samo wiemy, że stolarz pomylił się mierząc długości nóg twojego krzesła, i tak samo wiemy, że twój ojciec pomylił się opowiadając ci o Bogu?

 

2.   A skąd w ogóle to dziwne pytanie: "jak wiemy"? Czy nie jest tak, że po prostu wiemy albo nie wiemy? Przeciez słowo "wiemy" chyba znaczy zawsze to samo...

 

Nie, ze słowami bywa nie tak prosto. Dlaczego?

 

Nasz świat jest tak piękny i tak skomplikowany, że słów by nam brakło, gdybyśmy chcieli nazywać nowym słowem każdą rzecz różniącą się od rzeczy już nazwanych. Dlatego bardzo często zdarza się, że tym samym słowem nazywamy rzeczy zupełnie odmienne. Biały jest papier "Komsomolskiej Prawdy" i biali są kontrrewolucjoniści. Jak więc zareaguje ktoś, kto usłyszy,  że "Komsomolska Prawda" jest kontrrewolucyjna, bo drukuje się ją na białym papierze? Kto rozumie, co znaczy biel kontrrewolucji i biel papieru, ten będzie się śmiał. Kto tego nie rozumie, ten uzna biel papieru  gazety za dowód kontrrewolucyjnej białości i złoży na "Komsomolską Prawdę" doniesienie, bo przecież z kontrrewolucją trzeba walczyć.

 

Nazywanie różnych rzeczy tymi samymi słowami jest zawsze ryzykowne, ktoś może pomylić znaczenia. Nie chcielibyśmy, żeby ze słowem "wiedza" przytrafiła nam się historia podobna do tej  ze słowem "biel". Zastanówmy się wobec tego, co to właściwie znaczy: wiedzieć.

 

3.   Kiedy mówimy, że coś o czymś wiemy, zwykle mamy na myśli, że tę wiedzę możemy sprawdzić. Wiemy, jak utrwalić głos na płycie gramofonowej, bo sprawdziliśmy, że gramofon odtwarza głos. Utrwaliliśmy głos w celu jego odtworzenia. Wiemy, że znaleźliśmy prawidłowy sposób, ponieważ osiągneliśmy zamierzony cel. Poznaliśmy metodę utrwalania głosu, bo głos został utrwalony: płyta gra jak należy.

 

4.   Wyobraź sobie jednak, żeśmy nasz zapis na płycie uczynili w innym celu. Na przykład w celu utrwalenia wyglądu śpiewaczki. Czy sprawdzając, że słyszymy  z gramofonu pięknie odtworzoną pieśń, sprawdzilibyśmy równocześnie, że wiemy, jak utrwalić wygląd artystki? Nie, tego byśmy w ten sposób nie sprawdzili, prawda? A dlaczego nie? Dlatego, że słuchając płyty sprawdziliśmy osiągnięcie innego celu niż ten, którego osiągnięcie planowaliśmy.

 

5.   Jak powinnaś więc postąpić, gdy Jura ci powie, że chciałby się z tobą podzielić ważną wiedzą? Zapytaj się Jury, do czego ta wiedza jest potrzebna. Może do tego, żeby śniadanie było smaczniejsze? Albo do tego, żeby psu nie stało się nic złego podczas nieobecności właściciela? A potem zapytaj się go, w jaki sposób ta wiedza została sprawdzona. Upewnij się, że Jura opowie ci o sprawdzeniu zgodnym z celem, do którego miała być ona potrzebna. Jeśli okaże się, że Jura chce cię obdarować wiedzą sprawdzoną tylko dla zupełnie innych celów, to nie przyjmuj od niego wiedzy z większym zaufaniem, niż zaufanie z jakim przyjęłabyś sposób zapisywania wyglądu spiewaczki potwierdzony wiernością zapisu jej głosu. Albo z jakim powierzyłabyś opiekę nad swoim psem komuś, kto mówi, że jego miłość do psów można poznać po tym, że w jego kołchozie wypiekają smaczny chleb.

 

6.   A jeśli Jura pokaże ci, że za pomocą jego wiedzy można osiągnąć ważny dla ciebe cel,  nieosiągalny za pomocą innej wiedzy - na przykład wiedzy o której mówił ci Sasza? I jeśli potem Jura będzie cię przekonywał, że z tego powodu wiedza Jury jest więcej warta?

 

Przypomnę ci, co zdarzyło się niedawno. Pamiętasz, jak wszystkim zaimponowało, że Jura od razu zaczął rozmawiać z Veerą po fińsku i zaraz się z nią zaprzyjaźnił? Sasza, który przez dwa miesiące uczył się szklić okna i też chciał się z nią zaprzyjaźnić, stał smutny z boku, bo Veera nie rozumiała ani słowa z tego, co do niej mowił. Potem Jura przekonywał wszystkich, że nie ma się co uczyć w warsztacie. Śmiał się z Saszy i powtarzał: głupi, a tak sie chwaliłeś, że wujek Alek pozwolił ci pomagać sobie przy pracy!

 

Czy wiedza Jury była rzeczywiście więcej warta? Przecież Jura i Sasza zdobywali swoją wiedzę w różnych celach. Jura zaczął uczył się fińskiego, by móc rozmawiać z Haatainenami, kiedy tylko usłyszał, że przyjadą z Karelii. Sasza uczył się szklić okna, bo chciałby kiedyś budować domy. Korzystaj więc we właściwym celu z wiedzy Jury, ale nie traktuj jego przekonań poważniej niż traktowałabyś przekonania kogoś wnioskującego o kontrrewolucyjności "Komsomolskiej Prawdy" na podstawie bieli gazetowego papieru. Chyba, że uwazasz - choć według mnie nie byloby to oczywiście zbyt rozsądne i tak naprawdę uważam, że nie myślisz w ten sposób - budowanie domów za jakies do niczego niepotrzebne, kompletne bzdury. Zacznij się więc uczyć fińskiego, żeby zaprzyjaźnić się z Veerą, i nie ucz się w tym celu szklenia okien, bo to nie miałoby sensu. Ale nie uznaj wiedzy szklarza za głupią dlatego, że nie pomaga ci w porozumieniu się z koleżanką. Takich przekonań Jury nie przejmuj, choć Jura zyskał przyjaźń Veery w ciągu jednego dnia!

 

7.   Jestem zresztą pewien, że i bez moich tłumaczeń nie wierzysz "dowodom", które są w tak widoczny sposób nieprawidłowe i dziecinne. Masz już dostateczne doświadczenie, by odróżnić sens od bzdury. Jednak człowiek uczy się przez całe życie. Co krok spotykać się będziesz z ważnymi problemami, które dla ciebie będą nowe, ale z którymi inni już się spotkali. Być może ci inni to osoby z twojego otoczenia: komsomolcy, nauczyciele, wychowawcy. Będziesz o tym z nimi rozmawiała i będziesz korzystała z ich przemyśleń. Twoja zdolność do odróżniania sensu od bzdury w tej sprawie będzie w dużym stopniu zależała od tego, jak dalece oni posiedli tę zdolność rozróżniania. Ponieważ nie będę mógł być przy wtedy przy tobie, chciałbym teraz dodać do ich przemyśleń moje własne przemyślenia. Dlatego chciałbym porozmawiać z tobą o kilku ważnych problemach.

 

8.   Z pewnością wkrótce usłyszysz - być może już usłyszałas - że źródłem prawdziwej wiedzy o świecie jest nauka. I że niektórzy ludzie odrzucają naukę jako źródło prawdziwej wiedzy, a zamiast naukowców sluchają popów, rabinów, lub szamanów. Usłyszysz, że nauka uczy prawdy o świecie, bo prawda o świecie jest taka sama dla każdego i każdy ją może sprawdzić, a naukowcy szukają właśnie takiej prawdy, która jest dla każdego taka sama i którą każdy może sprawdzić. Usłyszysz, że popi, rabini i szamani mówią bzdury o świecie, bo nie dość, że pop o świecie mówi co innego, rabin co innego, i szaman co innego, to na dodatek części ich opowieści nikt nie sprawdził. A to, co sprawdzono, okazało się być sprzeczne z wiedzą naukową. Usłyszysz, że wiedzę naukową potwierdza fakt, że to dzięki niej ludzie zbudowali tak wspaniałe urządzenia jak gramofon. I że z tego wszystkiego widać, że to nauka mówi prawdę a pop, rabin i szaman opowiadają mieszankę kłamstw dla naiwnych i bajek dla dzieci. A potem usłyszysz, że twój ojciec też był naukowcem, ale cierpiał na chorobę zwaną schizofrenią. Ta choroba objawiała sie w jego przypadku tym, że choć znał prawdę naukową o tym, czym naprawdę jest świat, to wierzył w kłamstwa i bajki popów. Wbrew własnej wiedzy, publicznie sprzeciwił się naukowej prawdzie. Partia i nauka musiały, dla jego dobra i dla dobra ludu, umieścić twojego ojca w zamkniętym zakładzie psychiatrycznym. Tam opiekują sie nim mądrzy i naukowo wykształceni lekarze, komisarze i milicjanci.

 

Czy gdy to usłyszysz, usłyszysz wiedzę taką jak "umiemy zapisywać głos, bo gramofon gra", czy raczej  bzdurę taką jak "'Komsomolska Prawda' jest biała, więc jest kontrrewolucyjna"?

 

9.   Żeby to ocenić, zastanówmy się, jakie cele stawiają sobie ludzie, gdy starają się poznawać swiat. Zastanówmy się, jaki cel stoi przed prawdziwą nauką. Czyli przed nauką, której ufamy, bo dzięki niej możemy zbudować gramofon. Zastanówmy się potem, jaki cel stawiają przed sobą prawdziwe religie. Czy one też zamierzają budować gramofony? Zastanówmy się, czy potrzebne są nam jakieś umiejętności poza takimi jak umiejętność budowania gramofonów. I czy te inne umiejętności możemy uzyskać od prawdziwej nauki - czyli od tej, której ufamy, bo dzięki niej możemy zbudować gramofon. A jeśli nie od takiej nauki, to skąd i w jaki sposób?

 

Na czym polega więc poznawanie świata?

 

Od zamierzchłych czasów ludzie starali się poprawić swoje życie. Zauważyli, że czasami od uderzenia pioruna zapala się drzewo i zauważyli, że ogień potrafi być przyjemnie ciepły. Zauważyli też, że ogień "żywi się" suchym drewnem i że przechodzi z kawałka drewna na kawałek drewna. Ktoś bardzo sprytny wpadł wtedy na pomysł, żeby ogień znaleziony przypadkiem w lesie przenieść na drewienku do chłodnej jaskini i karmić go tam drewnem. Przeniósł, bo chciał skorzystać z jego dobrodziejstw. Ogień był dla niego tym, co ten człowiek mógł zauważyć, gdy miał z nim do czynienia: ogień był tym, co daje przyjemne ciepło, żywi się suchym drewnem i przechodzi z kawałka na kawałek drewna. Z czasem ludzie poznawali coraz to nowe doznania, jakie mogą być związane z ogniem. Mówiąc to samo, ale krócej: poznawali coraz to nowe własności ognia. Zauważali też coraz więcej związków między własnościami ognia i własnościami innych zjawisk. Dzięki pomysłom najsprytniejszych, poznali sposoby korzystania z tych własności dla polepszenia swojego życia. Dzięki temu zbudowali piec, lampę naftową, maszynę parową, samolot... Zdobyli prawdziwą wiedzę o własnościach ognia. Dowodem prawdziwości tej wiedzy jest fakt, że skonstruowane przy jej pomocy urządzenia działają zgodnie z planem konstruktorów. Osiągnięcie celu jest potwierdzeniem wiedzy.

 

10.    Czy wiedza o ogniu uzyskana przez ludzi jest również wiedzą o tym, czym tak naprawdę jest ogień? Czyli czym jest ogień niezależnie od naszych doznań? Nie, bo w jaki sposób mielibyśmy taką wiedzę sprawdzić? Możemy sprawdzać tylko własności, czyli tylko nasze doznania. Możemy sprawdzić, że ogień parzy, grzeje, daje światło. Ale tylko własności ognia możemy sprawdzać, bo tylko z naszymi doznaniami mamy do czynienia.

 

11.    Wyobraź  sobie, że ktoś ci powiedział: "ogień to tak naprawde jest prapuła". Bez wątpienia zapytasz zaraz: "a co to jest prapuła". I wtedy ten ktoś będzie musiał ci wytłumaczyć, jakie doznania mogą być związane z prapułą. Mówiąc inaczej, będzie musiał ci wytłumaczyć, jakie własności ma prapuła i za pomocą jakich twoich  doznań możesz te właściwości sprawdzić. I jeśli własności ognia wynikają z własności prapuły, to rzeczywiście ogień jest prapułą. Czy wiesz więc teraz, że ogień to tak naprawdę po prostu prapuła? Nie, po prostu poznałaś więcej własności ognia i poznałaś nowe słowo: prapuła. Pytanie "czym jest naprawdę ogień" zamieniłaś na pytanie "czym jest naprawdę  prapuła". Czy myślisz, że odpowiedź "prapuła to tak naprawdę jest pyrgol" rozwiąże twój problem?

 

No tak. Ale przecież fizyk mówi, że ogień to bardzo gorący gaz, ogrzany przez energię wyzwoloną podczas reakcji chemicznej utleniania włókien drewna, czyli podczas gwałtownego łączenia się tlenu z powietrza z cząsteczkami chemicznymi tworzącymi drewno. A gaz to cząsteczki chemiczne, szybujące w pustej przestrzeni. Im większa energia, którą zdobyły w podczas utleniania, tym prędzej szybują, i tym gorętszy wydaje się nam gaz. Zaś cząstki chemiczne składają się z atomów, te zaś z kolei z elektronów i z jąder atomowych. Czyli chyba dowiadujemy się jednak, czym jest naprawde ogień. I dowiadujemy sie przy tym wielu innych ciekawych i ważnych rzeczy. Na przykład, czym jest naprawdę gaz, czym jest naprawdę cząsteczka chemiczna, czym jest naprawdę atom...

 

12.    Czy zauważyłaś już, na czym polega błąd tego, kto myśli, ze nauka daje nam wiedzę o tym, czym naprawde jest ogień? Wyobraź sobie, ze naukowiec doznaje jakiejs rzeczy i powiedzmy, że nazwa tę rzecz ogniem. Zauważ, że wie o tej rzeczy tylko tyle ile jest w stanie doznać poprzez swoje własne doznania. Pewne jego doznania związane z ogniem są takie, a jeszcze inne takie. Tego rodzaju doznanie nazwa ciepłem, a innego rodzaju światłem (i my również mozemy je sprawdzić: doznać). Ktoś inny myśli, ze ten naukowiec daje nam wtedy wiedzę o tym, czym naprawdę jest ogień. A tymczasem nasz naukowiec - jak już zapewne zauważyłaś - mówi tylko o swoich, coraz to nowych doznaniach ognia. Mówi o tej rzeczy poprzez swoje doznanie. Zatem ta rzecz - taka jaka ona jest naprawdę (czyli bez naszych doznań) jest poza jego zasięgiem. Naukowiec nie może więc powiedzieć poprzez te swoje doznania, czym tak naprawdę jest ogień (nie mówiąc już o innych rzeczach, które bada), bo jego doznania dzielą go od tego ognia ó od ognia takiego, jakim on jest naprawdę. O samych swoich doznaniach związanych z ogniem może jednak mówić ó i tyle właśnie wie nauka o ogniu.

 

Naukowiec powinien również wypowiadać się w sposób naukowy, kiedy mówi w imieniu nauki. I tak przykład niewidoma osoba, która nigdy w żaden sposób nie doznała ognia, nie mogłaby opisać wyglądu płonącego ogniska. Jeżeli nawet coś by powiedziała, byłoby to tylko jej niesprawdzonym wymysłem. Naukowiec nie może w taki sposob się wypowiadać, kiedy mówi w imieniu nauki, bo nie byłby już wtedy naukowcem, tylko oszustem. Naukowcy nie powiedzą nam ó podobnie jak nie mogą nam powiedzieć czym tak naprawdę jest ogien - czym tak naprawdę są nasze doznania! Nie są w stanie zbadać tego, nie mogą zatem wypowiedzieć się o tym w sposób naukowy - to znaczy, że nauka nie może nam dać takiej wiedzy.

 

13.    Ale przecież potrzebne są nam odpowiedzi na pytania "czym to coś tak naprawdę jest"! Czym to coś jest naprawdę, czyli niezależnie od moich i twoich doznań. Szczególnie ważna jest odpowiedź właśnie na pytanie "czym są naprawdę moje doznania". Co z tym zrobic? Jak sobie poradzić?

 

14.    Pomyślmy. Czy kiedy doznaję, że mój pies się do mnie przytula, to znaczy, że to są tylko moje doznania i nic więcej? I jeśli słyszę, że wszyscy mi mówią: "pies się do ciebie przytula", to są to też tylko moje doznania i nic więcej?  Cóż... Faktem jest, że nie doznaję psa; doznaję tylko wrażenia dotyku. Faktem jest, że nie doznaję innych ludzi; doznaję tylko dźwięku słów i widoku gestów. Faktem jest, że doznaję  za pomocą zmysłów: za pomocą wzroku, słuchu, dotyku, węchu, smaku... Lecz czy aby napewno tylko tyle doznaję? Czy naprawdę wszystkie moje doznania są tylko doznaniami zmysłowymi?

 

15.    Nie. Przecież doznaję więcej: doznaję chęci, żeby źródłem tych doznań dotyku, słow i gestów były osoby czujące tak, jak ja. Doznaję chęci pozwalającej mi odróżnić:

- przytulanie się psa jako mój kontakt z psią osobą,

- przytulanie się psa jako mój kontakt z bezosobową, nieczułą maszyną, i

- przytulanie się psa jako tylko moje wrażenie.

Tego pierwszego bardzo chcę, tego drugiego nie tak bardzo, a tego trzeciego najmniej. Faktem jest, że to doznanie chęci nie może mi posłużyc do sprawdzenia, czy psia osoba rzeczywiście czuje tak, jak ja. Inne doznania też mi do tego nie mogą posłużyć. Ale faktem jest też, że to właśnie doznanie chęci stanowi dla mnie decydujący powód do uznania, że psy i ludzie tak czują, jak ja czuję. Stanowi decydujący powód, żebym uznał, że pies to tak naprawdę - czyli niezależnie od wszelkich moich doznań - tak naprawdę jest psią osobą. I że drugi człowiek to jest tak naprawdę - czyli niezależnie od wszystkich moich doznań - tak naprawdę jest ludzką osobą taką, jak ja. Same doznania zmysłowe takiego powodu nie dają! Same doznania zmysłowe nie dają mi powodu do uznania, że przytula się do mnie psia osoba, a nie - na przykład - nieczuła maszyna starająca się automatycznie, by było mi miło.

 

16.    Skąd więc wiemy to, co wiemy? Czy wszystko wiemy w ten sam sposob? I co ważnego z tego dla nas wynika?

 

Teraz możemy już spróbować odpowiedzieć sobie krótko na te pytania. Zbierzmy tylko przedtem w jednym miejscu myśli, które dziś pracowicie rozwijaliśmy:

- Każda wiedza jest zdobywana w jakimś celu;

- Wiedza jest wiedzą, jeśli sprawdziliśmy, że pozwala ona nam osiągnąć zamierzony cel;

- Różne są cele, i dlatego różna bywa wiedza i różne bywają sposoby jej sprawdzania;

- Wiedza naukowa służy takim celom, jak na przykład  zbudowanie gramofonu;

- Wiedza naukowa dotyczy wyłącznie doznań zmysłowych i jest sprawdzana wyłącznie za ich pomocą;

- Same doznania zmysłowe nie mówią nam wszystkiego, co musimy wiedzieć o świecie;

- Sama wiedza naukowa nie wystarczy, żeby poznać, czego ta wiedza naprawdę dotyczy;

- Żeby poznać, o czym naprawde mówią doznania naszych  zmysłów, musimy odwołać się do naszych chęci;

- Tylko doznanie chęci pozwala nam wybrać pomiędzy różnymi możliwościami;

- Aby sprawdzić, czy nasz wybór jest właściwy, trzeba sprawdzać za pomocą zmysłów i chęci!

 

17.    Wiedzę, którą uzyskaliśmy przez staranne sprawdzenie z naszymi chęciami, nazywamy rozsądną wiarą. Wiara bywa też nierozsądna - to wiara, której nie sprawdziliśmy starannie, po prostu przyjęliśmy ją na ślepo, bo ktoś coś powiedział, a my nie chcemy lub boimy się nad tym zbytnio zastanawiać. Takiej nierozsądnej wiary unikaj jak ognia. Taka wiara nie tylko łatwo zaszkodzi tobie; ona także łatwo skrzywdzi innych. To dzięki ludziom zniewolonym przez taką nierozsądną wiarę nie możemy teraz być razem. I nie wiem, kiedy się znów zobaczymy.

 

18.    Domyślasz się już zapewne, jak brzmi krótka odpowiedź na pytanie "Skąd wiemy to, co wiemy". Brzmi ona: wiemy stąd, że postawiliśmy sobie cele i sprawdziliśmy, że udało się nam je osiągnąć. Zaś krótka odpowiedź na pytanie "Czy wszystko wiemy w ten sam sposób" brzmi: nie, bo różne są cele, i niektóre z nich - te naukowe -  wymagają sprawdzania za pomocą tylko zmysłów, zaś inne - te osobiste - wymagają sprawdzania za pomocą zmysłów i chęci.

 

A co ważnego z tego dla nas wynika?

 

19.    Przede wszystkim to, że nie należy poważnie traktować poglądów tych, którzy twierdzą, że za pomocą nauki poznali, jaki jest naprawdę świat, i że dlatego nie muszą już ufać swoim chęciom, lecz wystarcza im sprawdzanie wszystkiego za pomocą zmysłów. Oni wciąż rozumują tak, jak rozumuje ktoś, kto dowodzi milicjantowi, że "Komsomolska Prawda" jest kontrewolucyjna, bo jest biała: swoimi słowami udowadniają, że zupełnie nie rozumieją, o czym mówią. Niczym malutkie dzieci. Proszę nie zapominaj o tym, bo nie ma gorszego zabobonu niż zabobon opierający się po części na czymś, co jest prawdziwe! Przecież "Komsomolska Prawda" jest rzeczywiście biała, zarzut kontrrewolucyjności opiera się więc częściowo na tak łatwo widocznej  prawdzie...

 

20.    Nie bój się swoich chęci. Nie pozwól, żeby ktokolwiek ci je odebrał i zastąpił swoim zabobonem. Pamiętaj jednak przez cały czas, że tylko tym swoim chęciom możesz wierzyć, które nie budzą w tobie sprzeciwu i które nie sprzeciwiają się wiedzy zdobytej za pomocą zmysłów. Bo tylko w ten sposób możesz osiągnąć cel, do którego naprawdę warto dążyć: żyć tak, żeby nie musieć się wstydzić swoich czynów ani żałować tego, co się zrobiło lub czego się nie zrobiło. Żyć tak, aby móc każdemu patrzeć prosto w oczy. Każdemu, czyli również sobie.

 

 

I nie martw się. Wierzę, że nikt i nic nas nie rozłączy!

 

[ukryj tekst]


4. Demagogia scjentycznego ateizmu

 

Świadomie lub nie, Richard Dawkins wykorzystał w swoim liście do córki niewiedzę dziecka o tym, czym w rzeczywistości jest nauka i na czym polegają metody badawcze, które doóproówaódziły naukę do sukcesów, będących z kolei przyczyną autorytetu, jakim cieszą sie nauki przyórodnicze w dzisiejszym społeczeństwie. Dawkins postąpił jak ów oskarżyciel z listu do Marusi, dowodzący kontrrewolucyjności "Komsomolskiej Prawdy" na podstawie białego koóloóru papieru, na którym wydrukowano tę gazetę. Taka ekwiwokacja - czyli użycie słowa w inónym znaczeniu w tezie, a w innym w dowodzie - jest typowa dla apologii scjentycznego ateóizmu i dotyczy przede wszystkim pojęć takich, jak "nauka", "wiedza", "poznanie", "wiara", "prawóda", "weryfikacja", "obserwacja", "metafizyka", "dowód", czy "rozsądek". Przyjrzyjmy się teraz dokładniej charakterystycznym elementom demagogicznej apologii, widocznym w tekście Dawkinsa.

 

Już na samym początku autor oświadcza dziecku, że to naukowcy poznają "to, co jest prawódziwe o świecie i wszechświecie". Nie stara się, aby dziecko zastanowiło się nad znaczeniem tego stwierdzenia; po prostu ładuje mu do głowy łatwo przyswajalną papkę, powstałą ze staóranónego zmiksowania całkowicie różnych pojęć. I na tym chaosie buduje dalej, dodając do tego nowe błędy, przeinaczenia i niedomówienia. W poprzednim rozdziale wyjaśniliśmy krok po kroku, na czym polega pomieszanie pojęć już w samych podstawach Dawkinsowego "uświaódamiania". Uczyniliśmy to w sposób, który - mam nadzieję - powinien być zrozumiały nawet dla dziecka. W następnym rozdziale przeanalizujemy konkretne ataki Dawkinsa na religię. Teraz natomiast zwrócimy uwage na te aspekty sprawy, które są zbyt zaawansowane pojęóciowo, aby omawiać je z dzieckiem.

 

Dlaczego uważamy, że nauka poznaje to, co jest prawdziwe o świecie i wszechświecie? Niewątpliwie dlatego, że widzimy gołym okiem skutki działania nauki: rozwój techniki i meódyócyny. Widzimy, że każdy z nas może przelecieć samolotem przez Atlantyk; nie trzeba do tego wierzyć ani pilotowi ani konstruktorom maszyny. Widzimy, że nowe lekarstwa ratują żyócie ludziom; nie trzeba do tego wierzyć ani lekarzowi ani projektantom pigułki. Co wspólónego mają ze sobą lot samolotem i poprawa pracy nerek? To, że w każdym z tych przyópadóków dowolny obserwator może opisać istotną treść omawianego wydarzenia innemu obóserówaótorowi w sposób umożliwiający sprawdzenie, że ów inny obserwator odbierze tę istotną treść bez przekłamań. Takimi właśnie obiektywnie weryfikowalnymi zagadnieniami (wyódaórzeóniami, obserwacjami, twierdzeniami) zajmują się nauki przyrodnicze. Kiedy próbują wyókraóczać poza ten obiektywny obszar, zakreślony przez doznania zmysłowe i opis związków mięódzy nimi, wtedy przestają być naukami przyrodniczymi, a stają się filozofią, której twieródzeónia zależą od tego, kto je formułuje. Przykładem takiej filozofii są wszystkie twierdzenia, które odnoszą się do ludzkiego odczucia "ja istnieję". Przykładem takiej filozofii są również wszystkie twierdzenia, które budują relację pomiędzy doznaniami zmysłowymi i tym, co jest naprawdę na świecie.

 

Dawkins stara się wpoić swojemu dziecku myśl, że dla poważnych, godnych zaufania ludzi sens ma tylko to, co naukowo udowadnialne. Pokażemy teraz w prosty sposób, że ta myśl nie jest naukowa - czyli, że według niej samej jest ona pozbawiona sensu... Bowiem trudno trakótoówać jako poważnego i godnego zaufania kogoś, kto podcina gałąź, na której siedzi, bo sam uwaóża za podstawę sensowności coś, według czego jego podstawa sensowności jest pozóbaówioóna sensu. A oto nasz "dowód ABC":

ó


Niech NU oznacza "naukowo udowadnialne". Bierzemy zdania:
 
A = "Wypowiedź ma sens tylko, gdy dotyczy twierdzeń wyłącznie NU ";
B = "A to nie definicja, lecz fakt, którego prawdziwość da się udowodnić naukowo";
C = "Dowód prawdziwości musi opierać się na twierdzeniach wyłącznie NU".
 
Teza Dawkinsa: 
 
D = "poważni, godni zaufania ludzie wiedzą, że sens ma tylko to, co naukowo udowadnialne (NU)" 
 
wymaga, aby zdania A, B i C były równocześnie prawdziwe. Załóżmy więc, że A, B i C sa równoczesnie prawdziwe. Wobec B, musi istnieć dowód A. Dowód A musi przebiegac wedlug wymagań C. Ale wymagania C są poprawne jedynie, gdy zdanie A jest prawdziwe. Wobec tego dowód A według wymagań C byłby błędnym kołem, czyli dowodem pozornym. Wynika z tego, że jeśli A i C są prawdziwe, to B musi byc fałszywe; innymi slowy, zdanie A to definicja, a nie udowadnialny fakt. Wobec tego twierdzenie D, że poważny sens ma tylko to, co jest naukowo udowadnialne, nie jest oparte na udowadnialnych faktach, lecz stanowi nienaukowy dogmat wiary. CND.

 

Z powyższego "dowodu ABC" wynika nie tylko, że wpajana dziecku przez Dawkinsa teza D jest samowywrotna. Samowywrotność tę możnaby zresztą usunąć twierdząc, że wszystkie wyópoówiedzi poza twierdzeniem Aó mają sens tylko, gdy dotyczą naukowo udowadnialnych twieródzeń. Poważniejszą konsekwencją dowodu ABC jest wniosek, że twierdzenia typu "opowiadanie o Bogu to bajanie, a nie badanie" nie są oparte na udowadnialnych faktach, lecz na definicji zakładającej dogmatycznie, że badanie ma sens tylko, gdy mówi o naukowo udoówadónialnych twierdzeniach. Jest to właśnie ten wniosek, który pozwala uratować tezę Dawókinósa przed absurdem samowywrotności. I jest to również ten wniosek, który usuwa grunt spod samych podstaw rozumowania Dawkinsa.

 

W tej sytuacji szczególnej wymowy nabiera ostrzeżenie, które Dawkins wystosował do swoójej córki: słuchaj, dzieci łatwo oszukać, bo są niedoświadczone, same wiedzą malutko o świeócie, i dlatego komuś muszą wierzyć.

 

Czy jest możliwe, aby naukowiec pokroju Dawkinsa, na dodatek zajmujący się szeroką poópuólaóryzacją światopoglądu scjentycznego, nie zdawał sobie sprawy z tak trywialnej błędnoókoółoówośóci i samosprzecznosci "racjonalnej" wiary, którą przekazuje swoim czytelnikom, a w szczeógólności swojej córce? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć sobie sam; prawidłową odópoówiedź na nie zna tylko prof. Richard Dawkins... Ja jednak ośmielę się przypuszczać, że Dawókins zdaje sobie sprawę z dogmatyzmu, który leży u podstaw jego światopoglądu. Jednak poónieważ jest on święcie przekonany, że jego światopogląd jest słuszny, a przy tym nie zna żadónej intelektualnie uczciwej metody, żeby zabezpieczyć na odległość swoje dziecko przed wpłyówem - jego zdaniem, zgubnym - światopoglllądu katolickiego, to stosuje sposób nieóuczóciówy. Cel uświęcił środki...

 

A ponieważ metoda zastosowana przez Dawkinsa wobec dziecka jest też nad wyraz skuóteczóna, gdy ją zastosować wobec wielu dorosłych2, więc odnaleźliśmy ten list i w książce Dawókinsa3 i na rodzimym polskim internecie. List działa tym skuteczniej, że skierowany jest do dziecóka "wychowywanego na siłę w wierze katolickiej". Autor może śmiało liczyć na to, że czyótelnik będzie oburzony takim przejawem "religianckiej indoktrynacji" i stanie się przez to skłonóniejszy do skierowania swojej sympatii w stronę ateistycznego podejścia do świata.

[ukryj tekst]


5. Tradycja, autorytet i objawienie

 

Dawkins przestrzega swoją córkę szczególnie przed wiarą, która sięga korzeniami do tradycji albo powołuje się na autorytet lub objawienie. Jest to o tyle kuriozalne, że każdy z tych eleómeóntów leży u podstaw każdego ludzkiego poznania; zaś forma, w jakiej ten element się przeójaówia, zależy w naturalny sposób od dziedziny poznania, w której on występuje. Omówmy więc po kolei tradycję, autorytet i objawienie w religii, oraz ich odpowiedniki w naukach przyóórodónióczych.

 

Tradycja jest niczym innym jak odniesieniem do dorobku poprzednich pokoleń. Naturalnym jest, że uwzględnienie tego dorobku jest niezbędnym warunkiem jakiegokolwiek rozwoju myóśli ludzkiej. Kto ignoruje tradycję, ten zaczyna poniżej poziomu kamienia łupanego - bo naówet umiejętność &###322;upania kamienia była przekazywana z pokolenia na pokolenie. Skoro wiemy już, że zarówno nauka jak i wiara (teisty, ateisty) są formami ludzkiego poznania, to oczyówisótym się staje, że korzystanie z dorobków przeszłych pokoleń w jednej dziedzinie poznania i ignoórowanie przemyśleń i wniosków poprzedników w drugiej dziedzinie musi się skończyć eksótremalną nierównowagą pomiędzy stopniem rozwoju tych dwóch dziedzin.

 

Naturalnie, w rzeczywistości nikt nie ignoruje tradycji; nawet sprzeciwianie się jej treści staónoówi kontynuację pracy poprzedników. Chyba tylko Rewolucja Kulturalna w Chinach i tyórania Pol Pota starały się zmieść tradycję w miarę bez śladu. Ateizm również bazuje na doórobóku wieków minionych - choć jest to przecież kierunek w filozofii, nie w nauce, i dlatego doóroóbek ten nie jest dorobkiem uzyskanym w dziedzinie obiektywnych obserwacji i twierdzeń, lecz dotyczy subiektywnej, opartej na prywatnej wierze interpretacji znaczenia ludzkich dozónań. Dokładnie na tym samym polega tradycja w innych dziedzinach filozofii i w reóliógiach.

 

Krytykując tradycję Dawkins zauważa, że jeśli coś było nieprawdziwe kiedyś, to jest nieóprawódziwe i dziś, choćby podpierała to tradycja. Nie zauważa jednak, że na tej samej zasadzie jeśli coś było prawdziwe kiedyś, to jest prawdziwe i dziś, choćby podpierała to tradycja. Probólem nie leży więc w tradycji, lecz w możliwości sprawdzenia przydatności twierdzeń - czy to oparótych na tradycji, czy nie. Co sprowadza całe zagadnienie do omówionego w dwóch poóprzedónich rozdziałach: do problemu wytyczenia właściwego celu i dobrania metody weóryófiókaócyjónej, nadającej się do kontroli stopnia realizacji tego celu. Rodzi się więc pytanie: w jakim sensie i zakresie są weryfikowalne twierdzenia tradycji religijnych?ó I czy jest możliwe, żeby różóne tradycje twierdziły coś innego i przy tym nie kompromitowały wiarygodności tradycji?

 

Prosta odpowiedź brzmi: twierdzenia tradycji religijnych są weryfikowalne w takim samym sensie, w jakim sensie są weryfikowalne twierdzenia światopoglądowe. Czyli na poziomie suóbiekótywnej oceny hierarchii celów i stopnia ich osiągnięcia za pomocą wprowadzenia w życie tych czy innych elementów tradycji. Wprowadzenia w życie - czyli postępowania tak, jakby były one odbiciem faktycznego stanu rzeczy. Biblia określa to obrazowo: "po owocach pozónaócie". A z owocami bywa tak, że jeden woli gruszki, a drugi pomarańcze. I może to być kwesótia przyzwyczajenia albo kwestia preferencji organizmu, ale nie jest to dowód na to, że i gruszóki i pomarańcze są niesmaczne, a obaj smakosze się mylą.

 

Jak to więc możliwe, że w katolickiej części Irlandii mówią co innego o wniebowstąpieniu Maryi, a w protestanckiej części Irlandii co innego? Czy nie świadczy to jednak przeciwko senósowności całej tej tradycji? Czy przykład z gruszkami i pomarańczami to właściwy sposób wyójaśnienia tej niezgodności? A może należy podejść do sprawy naukowo i uznać, że skoro nie ma dowodów naukowych a tradycje mówią co popadnie, to cała historia jest odópoówiedóniókiem bajki o królewnie Śnieżce?

 

Dawkins przekonuje córkę, że mamy do czynienia z bajką. Takie jego podejście jest zupełnie naóturalną konsekwencją pomieszania pojęć, jakie poczynił już w samej kwestii ludzkiego poóznaónia. Dla Dawkinsa jest dogmatycznie oczywiste, że za pomocą tylko naukowych aróguómenóótów można zbudować wartościowy i bezdogmatyczny światopogląd, pozwalający nam poznać jeódyną istotną i osiągalną "prawdę o świecie i wszechświecie". Konsekwentnie, wieórzy on też nieózłomnie (nazywając tę wiarę rozsądkiem i wiedzą), że każde poznawczo znaócząóce twieródzeónie da się wypowiedzieć i uzasadnić w logicznie poprawny sposób w obieóktywónym języku nauk przyrodniczych. Ponieważ tradycje religijne nie opierają się na nauókach przyórodniczych, są one według jego wiary poznawczo puste - a dowodem na to staje się ewiódentny brak obiekótywónej zgodności pomiędzy naukowo analizowalną treścią zawartą w traódycji różnych religii i wyzónań...

 

My tymczasem wiemy już, że każdy światopogląd - włącznie ze światopoglądem Dawkinsa - jest zbudowany na podstawie twierdzeń nie dających się wypowiedzieć i poprawnie uzasadnić w obiektywnym języku! Każdy światopogląd zawiera więc ogromną ilość takich nieóoóbiekótywónych twierdzeń; jest nim KAŻDE twierdzenie, do uzasadnienia którego potrzebne jest odówoółanie się do podstaw światopoglądu. Innymi słowy, nieobiektywne jest KAŻDE twieródzeónie, którego treść zależy od tego, w ramach jakiego światopoglądu zostało ono sformułowane. Różóne filozofie wypowiadają się różnie na temat struktury świata, a w szczególności na temat tego, co naprawdę istnieje, w jakim stosunku jest to coś do nas, i jakie wypływają z tego wniosóki dla naszego postępowania na codzień. I jeśli przypomnimy sobie, że to właśnie nasze posótępowanie, będące skutkiem realizowania naszych celów, jest jedynym dostępnym nam sprawódzianem słuszności naszej wiary, to powrócimy do uściślonej już formy pytania, jakie zaódaliśmy sobie parę akapitów wyżej: w jakim sesie i zakresie jest weryfikowalne twierdzenie o wniebowstąpieniu Maryi?

 

Aby odpowiedzieć na to pytanie, musimy zastanowić się, jaki jest CEL twierdzenia o wnieóboówstąópieniu Maryi. Czy chodzi o zwykłe "stwierdzenie obiektywnego faktu"? Gdyby tak było, to mielibyśmy do czynienia z twierdzeniem naukowym, i Dawkins miałby całkowitą rację doómaógając się naukowego dowodu tego twierdzenia. Ale - jak już zauważył nasz radziecki fizyk w liście do Marusi - celem religii nie jest "budowanie gramofonów". Gdy katolik mówi o wnieóbowstąpieniu Maryi, nie czyni tego więc po prostu dlatego, żeby stwierdzić jakiś obiekótywóny fakt o podróży żywcem w zaświaty. Katolik mówi o wniebowstąpieniu Maryi, aby podókreślić szczególną rolę, jaką odgrywa Maryja w religii katolickiej. Maryja nie została wzięóta do nieba za życia bez powodu - i właśnie o ten powód chodzi, a nie o sam akt wnieóboówstąópienia, który przecież bez tego powodu byłby bez znaczenia. Sensowna analiza nauki kaótoólickiej o wniebowstąpieniu Maryi jest więc możliwa dopiero po przeanalizowaniu tej roli - a w szczególności CELU, jaki przyświeca katolickim dogmatom o Maryi. I dopiero po doókoónaóniu tej analizy można się zastanawiać, czy wiara innych wyznań jest rzeczywiście sprzeczna z tym, co głosi katolicyzm, czy też może jest to po prostu kwestia użycia innych środków eksópreósji do wyrażenia tej samej - obiektywnie nieweryfikowalnej - treści. Naturalnie, ostateczna oceóna wyniku tej analizy MUSI być subiektywna, bowiem od samego początku mówimy tu o treśóciach nieprzekazywalnych w obiektywnie weryfikowalny sposób. Możemy więc tylko wieórzyć, że analiza opiera się na prawidłowo odczytanych treściach.

 

Jaki jest więc cel katolickiego twierdzenia o wniebowstąpieniu Maryi? Oczywiście taki sam, jaki jest cel całej nauki katolickiej: prowadzenie wiernego jak najskuteczniejszą drogą do zbaówióenia. Maryja jest dla katolika niezwykle ważnym przykładem tego, czym staje się człowiek w pełni ufający Bogu. Jako osoba, której Bóg zaufał tak dalece, że powierzył jej opiekę nad Zbaówicielem, staje się Maryja życiowym przykładem człowieka zbawionego. Duża część nauóki katolickiej buduje na tym przykładzie, stawiając Maryję za wzór i omawiając skutki szczeógólnej relacji, jaką całkowite zaufanie przez Maryję Bogu zbudowało pomiędzy nią i Boógiem. Natomiast wyznania protestanckie nie przypisują tej relacji nic szczególnego.

 

Czy rację ma podejście katolickie, czy protestanckie? Rację w czym? W opisaniu wydarzeń hisótorycznych? O nich możemy tylko spekulować, bo danych mamy zby mało, aby móc posótaówić naukową hipotezę i pokusić się o poważną próbę zweryfikowania jej słuszności. Z nauókoówego punktu widzenia problem więc po prostu nie istnieje - podobnie jak nie istnieje probólem, czy Cezara swędziały plecy, gdy przekraczał Rubikon.

 

Chodzi więc o rację zweryfikowaną samym zbawieniem wiernego. Wobec tego właściwym - i jeódynym nam dostępnym - sposobem zbadania tej racji jest zapytanie wiernego: czy uważasz, że twoja wiara dotycząca Maryi prowadzi cię we właściwy sposób w stronę zbawienia? Odópoówiedź będzie niewątpliwie twierdząca; w przeciwnym razie znaczyłoby to, że zapytaliśmy kanódydata na konwertytę. Naturalnie, odpowiedź ta będzie brała się najczęściej z zaufania, jaókim wierny obdarza pewien autorytet.

 

Autorytet jest niczym innym jak odniesieniem do dorobku człowieka, którego uważa się za dosótatecznie godnego zaufania. Myślę, że w tym momencie oczywistym jest już fakt, że wiaóryógodność autorytetów naukowych i autorytetów światopoglądowych sprawdza się w zuópełónie różny sposób. Oraz fakt, że ani nauka ani światopogląd nie są w stanie obyć się w prakótyóce bez autorytetów. Bo tak, jak opieranie się na tradycji odwołuje się do dorobku poprzednich poókoleń, tak opieranie się na autorytetach odwołuje się do dorobku konktetnych ludzi. W przyópadku nauki chodzi tu o dorobek uzyskany przez badanie obiektywnych zjawisk. W przyópadóku religii chodzi tu o dorobek uzyskany przez dążenie do kontaktu z Bogiem.

 

Niezależnie od tego, czy dorobek ten został uzyskany w dziedzinie nauki czy w dziedzinie reóliógii, zdarza się nierzadko, że nagły przebłysk zrozumienia powoduje skokowy wzrost tego doórobku. To zjawisko przenosi nas do ostatniego punktu, który Dawkins usiłował przedstawić córóce jako przykład "złego powodu, by wierzyć": do objawienia.

 

Objawienie to właśnie taki nagły przebłysk zrozumienia. To, co ten przebłysk rozjaśnił, naóleóży potem przetłumaczyć na język pozwalający na dalszą analizę przedmiotu objawienia. Nauókoówe objawienie - zwane inaczej przebłyskiem intuicji -ó tłumaczone zostaje na obiektywny jęózyk nauki. Filozoficzne i religijne objawienia tłumaczone są natomiast na subiektywne jęózyóki filozofii i religii. Choć istotna treść objawienia odebranego przez przedstawicieli różnych reóliógii może być identyczna, to proces przekazywania tej treści innym ludziom przez osobę, która otrzymała objawienie (nazwijmy ją mistykiem) może zawierać dowolnie krytyczne przeókłamania. Mamy tu bowiem do czynienia z subiektywnym obszarem poznania i dlatego nie istnieje obiektywna metoda weryfikacji przekazywanej treści (w przeciwnym wypadku byółaby mowa o objawieniu naukowym). Prawdopodobieństwo prawidłowego przekazu takiej subiektywnej treści jest tym większe, im bliżsi kulturowo są sobie nadawca (mistyk) i odóbioróca (wyznawca), bowiem wtedy rośnie prawodpodobieństwo, że subiektywne odczucia naódawócy i odbiorcy związane z używanymi przez nich strukturami językowymi są siebie bliższe.

 

Naturalnie, sam fakt niemożliwości sprawdzenia, czy mistyk prawidłowo przekazał swoje obójaówienie wyznawcom, w niczym nie przeszkadza weryfikowalnosci samego objawienia z punóktu widzenia mistyka. Bowiem mistyk wie, jaką treść otrzymał, i może przekonać się, czy doóchodzi za jej pomocą do zamierzonego celu. Podobnie zresztą i wyznawca może sprawdzić, czy informacja, którą odczytał ze słów mistyka, prowadzi go (wyznawcę) do celu przez tego wyzónawcę zamierzonego. Fak ten nie może jednak posłużyć do weryfikacji prawidłowości przeókazu; przeszkodę stanowi niemożliwość weryfikowalnej synchronizacji celów. Dlatego zreszótą każda właściwie większa religia wymaga od wyznawców dążenia do własnego, bezópośóredniego kontaktu z Bogiem. Wspólna organizacja - religia właśnie - ułatwia wyznawcom wejśócie w taki kontakt i pozostanie w nim wbrew przejściowym trudnościom. Religia nie zaóstąópi jednak kontaktu z Bogiem. Wiara człowieka religijnego pozbawionego tego kontaktu przyópomina wiarę ślepego w kolory.

 

Podobnie jak to było w przypadku tradycji i autorytetu, Dawkins krytykuje wiarę w wiaóryógodóność objawienia, używając w tym celu swojego chaotycznego, ekwiwokacyjnego "roózuómieónia" ludzkiego poznania. Naukowe objawienie jest dla Dawkinsa czymś naturalnym, bo jego prawidłowość można zweryfikować za pomocą metod naukowych. A te metody Dawókins uważa za produkujące poznanie na poziomie światopoglądowym, czyli na poziomie "bezódogmatycznego poznania prawdy o świecie i wszechświecie". Jak wiemy, jest to opinia saómowywrotna, logicznie absurdalna. Jednak staje się ona u Dawkinsa podstawą do stwieródzeónia, że objawienie religijne to bełkot rozregulowanego mózgu...

[ukryj tekst]


6. Podsumowanie i wnioski

 

List napisany przez prof. Richarda Dawkinsa do jego córki przedstawia dziecku (i dorosłemu czyótelnikowi) zagadnieniaó ludzkiego poznania, nauki i religii nie tylko w nadmiernym uproszóczeniu, lecz przede wszystkim w dogmatycznie wypaczony i logicznie niespójny spoósób. Dawkins wykorzystuje nieświadomość dziecka w celu zaszczepienia mu dogmatycznego scjenótyzmu jako takiego światopoglądu, który odruchowo broni je przed przyjęciem wiary w Boga. Dogmaty scjentyzmu wprowadzane są nie dość że tylnymi drzwiami i bez omówienia ich niekorzystnych dla człowieka konsekwencji, to jeszcze na dodatek przedstawiane są dziecóku jako oczywistości naukowe. To ostatnie jest zupełnie trywialnym absurdem; przedóstaówióliśmy prosty dowód "ABC" pokazujący, że przyjęcie takiego stanowiska prowadzi do zaprzeóczenia własnym poglądom. Wykazaliśmy też, że ludzkie poznanie polega na spójnym poółąóczeniu dwóch źródeł: doznań zmysłowych i chęci. Próba usunięcia któregokolwiek z tych źródeł z ludzkiego światopoglądu prowadzi automatycznie do absurdów. Nauki przyrodnicze staónowią narzędzie z konieczności zbudowane wyłącznie na podstawie jednego z tych źródeł (tylóko doznań zmysłowych) i jako takie nie mogą stać się podstawą jakiegokolwiek świaótoópogólądu. Nauki przyrodnicze mogą jedynie stanowić element światopoglądu.

 

Nauka nie powie nam nigdy, czym jest to, co ona bada. Nauka nie powie nam też nigdy, czy poówinniśmy nasze badania ograniczyć do tego, co nauka bada.ó Już sam pomysł ograniczenia swoóich badań do naukowych jest pozanaukowy. Nauka mówi nam tylko, w jaki sposób to, co nauka bada, wpływa na to, co nauka bada. A w jakim celu powinniśmy te wyniki wyókoórzysótywać i jakie metody działania stosować? Żadna niania nam w tym nie pomoże, nawet jeśóli ma tytuł profesora.

[ukryj tekst]


 

Podziękowania. Dziękuję Ewie Dąbrowskiej i redakcji Pragmaliona za owocną dyskusję nad pierwszą wersją tego artykułu, oraz Mirosławowi Kończakowi i jego dziesięcioletniej córeczce za poprawki, które uczyniły list do Marusi bardziej zrozumiałym.

 

 

Jarek Dąbrowski (wuj zbój), 26 marca 2005.

 

 

Odnośniki


1Richard Dawkins, "A Devil's Chaplain", Chapter 7 ("A Prayer for My Daughter: Good and Bad Reasons for Believing"). [powrót]

 

2Nawiasem mówiąc, jedyny do momentu napisania tego artykułu, opublikowany na Racjonaliscie.pl komentarz do listu Dawkinsa brzmi: Prawie jak "pamietnik Zofii" Taki prosty tekst a jak latwo zrozumiec o co moglo chodzic autorowi. Szkoda tylko, ze tak malo ludzi chce takie teksty czytac. Zostaje wiara w tradycje, ze ta spowoduje w koncu utrwalenie wlasciwych zachowan, he, he.... (podpisano: Maciej Hejnowicz, nick nielot). [powrót]

 

3Richard Dawkins, "A Devil's Chaplain" (George Weidenfeld & Nicholson, 2003). [powrót]