Najwyzsza cena

(...) Bileam zapalil kadzidlo i pograzyl sie w modlitwie. Nie byly to modly w jakiejs specjalnej intencji, raczej rutyna. Aureola swietosci, jaka otaczala go z racji wykonywanej funkcji proroka dawala mu poczucie spokoju i niezaleznosci. Komu bowiem mial sie opowiadac, jesli byl sluga Najwyzszego? A ten jak na razie nie czynil mu zadnych wymowek.
- Blogoslawiony badz Boze, panujacy ponad dniem wczorajszym i dzisiejszym, ktorego dlonie trzymaja mocno wedzidlo dnia jutrzejszego. Glosze twoja chwale i nie przestane wielbic cie, o Najwyzszy! Ty dajesz rose poranna i ty dajesz ochlode nocy, by czlowiek mogl odpoczywac nasycony owocami swoich trudow. 
Zza sciany dobiegl go ryk krowy, ktora otrzymal w poludnie od wdziecznego za postawienie pomyslnej wrozby wiesniaka. Pomyslal, ze powinien oporzadzic przed noca zwierzeta, ale zapach kadzidla przypomnial mu o przerwanej modlitwie.
- Daj, Panie, twemu pokornemu sludze slawe i dobrodziejstwo. Albowiem im wieksza bedzie moja slawa, tym wieksza chwale bedziesz Ty otrzymywac, o Wszechmocny! O Tobie przeciez bede glosil i Twoje czyny ludziom opowiadac. Jesli wiec uczynisz mnie slawnym, slawnym stanie sie rowniez Twe imie pomiedzy narodami, gdyz zawsze czynie tylko to, czego Ty, Panie, ode mnie sobie zazyczysz - tymi slowami zakonczyl modlitwe i zniecierpliwiony nawolywaniem glodnych zwierzat podkasal poly szaty i przeszedl do stojacej w poblizu stajni. Jego ulubiona oslica odwrocila leb w jego strone i zastrzygla dlugimi uszami. Poklepal ja po ciemnoszarym grzbiecie i nalal do cebrow wody. Potem nalozyl do stojakow siana, wydoil krowe i wyszedl przed obejscie. Dom, ktory zamieszkiwal polozony byl na wzgorzu, ponizej, w dol rzeki ciagnal sie gaj oliwny, a obok dojrzewaly juz klosy orkiszu. Zadowolony z siebie i z widoku, jaki mial przed soba wsunal kciuki za sznur, jakim byl przepasany i usmiechnal sie.
Nagle dobiegl go z oddali krzyk. Jakis czlowiek wymachujac rekami biegl w jego kierunku. Zaciekawiony zbiegl szybko w jego strone. Dopiero po dluzszej chwili zrozumial slowa rozpaczy, jakie byly do niego skierowane:
- Proroku, przybadz do naszej chaty! Nieszczescie sie stalo!
- Co takiego? - zrownal sie z wiesniakiem. Ten chwycil go za rekaw i ciagnac w strone wsi krzyczal:
- Palenisko runelo i war poparzyl mojego jedynego syna! Proroku, to moj pierworodny! Ratuj go, w meczarni sie wije! Caly poparzony! Umrze, jesli go nie uratujesz!
Pobiegli. Z daleka dobiegl go placz i lament kobiet. W chacie, wypelnionej dymem i smrodem popalonych ubran na stercie skor rzuconych w kacie izby lezalo kilkuletnie dziecko. Matka wyjac i kolyszac sie bezprzytomnie probowala chlodzic mokra szmata poparzona twarz i ramionka. Kiedy Bileam wbiegl, oczy wszystkich zwrocily sie z nadzieja w jego strone. Uklakl przy dziecku. Czerwona, pomarszczona skora pokryta byla duzymi pecherzami, ktore przy dotknieciu pekaly i wylewal sie z nich przezroczysty plyn. Chlopiec byl nieprzytomny.
- Rozbierzcie go, ale delikatnie - zarzadzil - uwazajcie, zeby nie ruszac poparzonych miejsc.
Zebrani szybko uwineli sie. Dziecko pare razy jeknelo, ale zaraz potem znow zapadlo w omdlenie. 
- Czysta szmate, ale szybko!
Polozyl ja na piersi malca. Potem czerpakiem nabieral wody i polewajac oparzeline mruczal polglosem:
- Oddechu goracy, ktory wyzerasz do kosci, nakazuje ci - odejdz! Piekacy bolu, ktory odmieniasz kolor ciala - rozkazuje ci, opusc tego chlopca! Wodo, krolowo zycia, oddal goraczke...
Chlopiec zaczal wierzgac i trzepotac rekami. Matka zawodzila coraz glosniej. Bileam zawolal o tluszcz jagniecy i liscie figowca; pobiegli po nie na dwor. Ojciec caly drzacy blagal z oczami utkwionymi w umierajacego syna:
- Proroku, dam ci wszystko, co zechcesz, ale uratuj go!
Bileam spojrzal na niego i okladajac rany liscmi pokrytymi tluszczem rozpoczal modly:
- Panie, ktory krolujesz ponad swiatami, ktory masz moc i potege, wysluchaj blagania! Tych ktorzy sa bliscy smierci wyciagaj z dolu, a szykujacych sie odejsc zawracaj. Okaz zmilowanie i poskrom ducha zlego, jaki pragnie zawladnac tym domem. Objaw mi jego imie, bym w Twojej mocy wypedzil go z tego ciala!
Chlopcem szarpnelo i glowa bezwladnie opadla na bok. Wszyscy zamarli w bezruchu. Bileam przerwal modly. Przylozyl ucho do spekanych ust chlopca. Brak oddechu. Podniosl sie powoli. Dopiero teraz dotarlo do obecnych, ze dziecko umarlo. Zalosc rozszalala sie w zawodzacych jekach. Matka porwala poranione cialko i tulac je szlochala rozpaczliwie. 
- Czlowiek, umierajac uwalnia sie od wszystkich nakazow i zakazow - rzekl cicho Bileam - wasz syn jest juz wolny od bolu.
Ojciec nie odpowiedzial. Nawet na niego nie patrzyl. 
- Gdy Aniol Smierci otrzymuje zezwolenie, nie rozroznia miedzy sprawiedliwymi i zloczyncami.
Ojciec nadal milczal patrzac nieruchomo na swego syna.
- Przykro mi, ze nie zdazylem, by go uratowac...
- To nie twoja wina, proroku - wiesniak ocknal sie i podniosl z kleczek. Siegnal po zawiazany woreczek lezacy na lawie. - Ile winieniem ci jest za fatyge?
- Nic. Zaplaciles najwyzsza cene. Zycie syna - i Bileam wyszedl przed dom. Noc ogarnela swiat i rozswiecila niebo tysiacami gwiazd. Zamyslil sie gorzko. Wedrowal wzrokiem od jednego jasnego punktu do drugiego, a potem szepnal do siebie:
- Jak to jest, Panie? Trzymasz w swych dloniach zycie kazdej z tych gwiazd, by nie zagaslo, a tego jednego zycia nie potrafiles utrzymac? A moze Twoje zmilowanie zalezy od wysokosci zaplaty, jaka mozemy ci zaofiarowac? A jezeli kiedys zazadasz takiej zaplaty, jakiej nie bedziemy ci w stanie dac, to co wtedy, Panie? Odkryj przede mna swe mysli, bo ciemnosc mnie ogarnela. Daj mi poznac swe zamiary!
Ale nikt mu nie odpowiedzial, wiec w milczeniu i bezsile powlokl sie do swego domu.

* * * 
Tymczasem w obozie izraelskim przerazenie i smierc zbieraly swoje zniwa. Pierwszy, ktory zmarl od ukaszenia, byl pasterzem pilnujacym na skraju obozowiska stada owiec. Waz ukryty w stercie galezi przy dokladaniu drewna do ogniska uciekajac wbil zeby w jego lydke. Jad rozprzestrzenil sie tak szybko, ze zanim ktokolwiek przybiegl na pomoc, pasterz juz nie zyl.
Krzyk podniosl sie i uderzyl w niebiosa. Nie bylo rodziny, ktorej nie dotknelaby plaga wezy. Nie pomagaly palone ogniska, ani zasieki z cierni budowane wokol namiotow. Gady wslizgiwaly sie pod ubrania, kryly sie miedzy naczyniami, kasaly w najmniej oczekiwanych momentach. Ich ukaszenia byly tak jadowite, ze zaczeto nazywac je "ognistymi wezami". Zadane rany powodowaly gwaltowna opuchlizne i bardzo szybka smierc. Ludzie probowali ratowac sie roznymi sposobami poznanymi w Egipcie, poczawszy od magicznych zaklec, a skonczywszy na masciach i okladach. Nic nie pomagalo. Ludzie czesto umierali w polowie wypowiadanych czarnoksieskich formulek, nikt jednak nie kwapil sie udac po pomoc do Mojzesza. Zbyt wielki odczuwali ciezar winy. Gdyby nie narzekali...
A Mojzesz czekal. Patrzyl ze zgroza na spustoszenie, jakie czynila soba plaga i czekal. W milczeniu, podpierajac sie laska przechodzil miedzy namiotami, czasem zatrzymujac sie przy konajacym, a potem ponawial wedrowke z jednego kranca obozu na drugi. Ludzie odprowadzali go wzrokiem. Nikt nie wyrzekl ani jednego slowa. Az w koncu jedna z matek nie mogac zniesc bolu straty trzymajac w wyciagnietych dloniach umierajaca coreczke zawolala:
- Litosci!
Mojzesz zatrzymal sie gwaltownie.
- Zlituj sie nad moim dzieckiem - zalkala padajac mu do nog. - Uratuj ja!
- Jest tylko jeden ratunek - odrzekl i naglym uderzeniem laski przygwozdzil do ziemi wijacego sie w trawie weza. Pochylil sie i podniosl martwe cielsko. Owinal nim trzon laski i uniosl ja w gore:
- Wywyzszyliscie swoj grzech ponad Wszechmocnego - zawolal krazac pomiedzy obserwujacymi go ludzmi. - I grzech ten was ponizyl. Przeklenstwo was dotknelo! I aby je z was zdjac, przeklety musi zawisnac na drzewie! Dlatego tak mowi Pan: Uczyncie weza i zawiescie go wysoko ponad obozem. Uczyncie go z metalu koloru czerwieni na znak, ze tylko krew moze zmazac grzech. A Pan przysiega na siebie samego, ze kazdy ukaszony, ktory spojrzy z wiara na weza, bedzie uzdrowiony!
- Alez to absurd! - wyrwal sie z tlumu okrzyk.
- Absurdem bylo wywyzszenie stworzenia ponad Stworce, postawienie waszych zachcianek ponad wole Boga! Absurdem jest niewiara we Wszechmocnego... czemuz nie zajrzycie w glab waszych sumien i nie ukorzycie sie przed JAHWE?
- Wierzymy we Wszechmocnego! - zawolano w odpowiedzi - ale ty kazesz nam patrzec z wiara na Weza, sprawce Zla. W kogoz mamy w koncu wierzyc? W Jedynego Prawdziwego Boga, czy Weza Prastarego, Zwodziciela pelnego jadu?
- Ludu przewrotny - oburzyl sie Mojzesz potrzasajac wzniesionymi ponad glowa rekami - nie w Weza kaze wam wierzyc, ale w slowo dane wam przez Pana! Waz jest tutaj tylko obrazem waszej winy. Uczyn weza miedzianego i zawies go na drzewie. Tak powiedzial Bog. I stanie sie, ze kazdy ukaszony, ktory spojrzy na niego, bedzie zyl. To jest jedyne lekarstwo!
I tak sie stalo. Uczyniono obraz weza i przybito go wysoko do drzewca. Ktokolwiek odniosl rane i spojrzal w gore, przypomnial sobie grzech buntu. Gdy chory ukorzyl swoje serce przed Panem, odchodzil od drzewca uzdrowiony.
A kij z zawieszonym wezem niesli przed obozem w czasie calej swojej wedrowki po pustyni az do granic Kanaanu.

* * *
- Przybyli midianici! - wiesc pelna podniecenia niosla sie po palacu krolewskim. Balak natychmiast przerwal posilek i skierowal sie do sali przyjec. Przepuszczani niezwlocznie przez straze weszli do sali midianscy ksiazeta. Krol ze zniecierpliwieniem oczekiwal wiadomosci. 
- Stalo sie tak, jak przypuszczalismy, krolu - odezwal sie pierwszy z gosci. Jego szate z fioletowej purpury okrywal plaszcz z owczej welny, pomiedzy posiwialym juz zarostem przeblyskiwaly rzezbione ogniwa zawieszonego na szyi zlotego lancucha. - Izraelici nie cofneli sie przed Sychonem.
- Amorejczycy wystawili przeciw nim cale swoje wojsko - dodal drugi, wysoki, o hardym spojrzeniu - ale Izraelici szli jak szarancza. 
Balak z wrazenia az sie podniosl. Grube, miesiste wargi zatrzesly mu sie, gdy wyjakal:
- Sychon... pokonany?
- Tak, krolu - Rekam pochylil wylysiale czolo opasane plecionka z purpurowych i zlotych nici. Potem wskazal dlonia na dwoch braci blizniakow. - Pozwol, ze Sur i Chur opowiedza ci o przebiegu bitwy.
Balak opadl na krzeslo i skinal przyzwalajaco glowa. Bracia wystapili krok naprzod i na zmiane relacjonowali:
- Pomimo dlugiej pustynnej drogi, jaka mieli za soba, Izraelici nie wydawali sie byc zmeczeni. Wrecz odwrotnie, bila od nich sila i nieugietosc.
- Podejrzewamy, ze przyczyna tego byl postoj przy studni w Beer. Tam prawdopodobnie uzupelnili zapasy wody.
- Potem skierowali sie przez Mettane do Nachaliel i dalej przeszli do Bamot. Nigdzie jednak sie nie zatrzymywali, poki nie dotarli do kotliny w poblizu szczytu Pizga. Tam rozlozyli sie obozem.
- To bylo bardzo dobre miejsce na postoj. Pola Moabu daly pasze dla bydla, a strumienie splywajace ze szczytu ochlode dla ludzi.
- Stamtad wyslali poselstwo do Sychona, krola amorejskiego ze slowami: "Pozwol mi przejsc przez twoja ziemie; nie zboczymy na pola ani do winnic, nie bedziemy pic wody ze studzien; pojdziemy droga krolewska, az przejdziemy przez twoja ziemie".
- O to samo poprosili Edomitow - szepnal w zamysleniu krol. Bracia zamilkli wyczekujaco, ale Balak niecierpliwym gestem kazal kontynuowac opowiesc.
- Sychon nie zgodzil sie, wrecz przeciwnie, zgromadzil swoj lud do walki. Poslal takze do plemion midianickich z prosba o przylaczenie sie do nich. Zgodzilismy sie, gdyz korzystalismy ze wspolnych zrodel i pastwisk. Jesliby Izrael zagarnal ziemie, nasz lud stracilby prawo do koczowania na tych terenach. Doszlo wiec do tego, ze polaczylismy sie z armia Sychona. Bitwa odbyla sie w poblizu Jachas...
Sur zamilkl. Niedawno przezyta porazka zadlawila mu wzruszeniem mowe. Reba spojrzal na niego i stlumionym glosem podjal opowiesc:
- Przewaga liczebna byla po naszej stronie. Wydawalo sie, ze mamy wszystko, co potrzebne do zwyciestwa. Bron, wielblady, zolnierze wyszkoleni w twierdzy w Cheszbonie - a naprzeciwko brudny, wykonczony dlugim marszem tlum. Stalismy patrzac na siebie i czekalismy na sygnal do ataku. Naraz z pierwszego rzedu wyszedl ich kaplan. Skinal na chlopcow odzianych w biale tuniki. Ci zaczeli spiewac - nie rozumielismy ich. Wtedy Sychon wezwal czlowieka znajacego ich jezyk. Ten przetlumaczyl slowa. Piesn mowila o studni, ktora ich przodkowie wykopali w Beer i o bozku, ktory ich prowadzi. Zwa go Jahwe. Sluchajac slow piesni lud izraelski ozywil sie. Oczy im zaplonely, a duch waleczny ich ogarnal. Ruszyli z krzykiem...
Reba zamilkl. Takze i jemu trudno bylo opowiadac o klesce. Dluzsza chwile milczeli, az Balak z westchnieniem zapytal:
- Opanowali Cheszbon?
- Nie tylko - siwowlosy Ewi potarl z zafrasowaniem czolo. - Zagarneli ziemie az do Nofach i Medby, ale nie poprzestali na tym. Wyslali zwiadowcow do Jezaer i wypedzili Amorejczykow z tamtejszych osiedli. Potem skierowali sie do Baszanu i stoczyli bitwe pod Edrei...
- Walczyli z krolem Ogiem?
- Tak. I niestety, Og przegral. Izraelici opanowali Baszan.
Zapadla cisza. Takich nowin Balak nie spodziewal sie. Podniosl sie z tronu i podszedl do okna. Slonce wlewalo przez framuge fale swiatla, ale krol tego nie widzial. Chmurnym spojrzeniem obejmowal ziemie Moabu.
- Teraz to mnostwo pozre wszystko wokolo nas, jak wol pozera trawe na polu - rzekl przygnebiony.
- Nie na to przyszlismy, krolu, by lamentowac i rozpaczac. Przyszlismy radzic sie, jak pokonac Izraelitow.
Balak odwrocil sie gwaltownie:
- Pokonac? W jaki sposob? Sychon zabity, Og pokonany... Jaka moc chcielibyscie przeciw nim wystawic? Najwieksi, najpotezniejsi ulegli; coz my mozemy uczynic?
- Kiedy cos nie mozna pokonac sila, wtedy mozna posluzyc sie sprytem - rzekl powoli Ewi, przebierajac palcami w siwej brodzie. Balak spojrzal na niego zdumiony.
- Co masz na mysli?
- Trzeba nam sie zastanowic, co jest ich najwieksza potega. Co sprawia, ze Izrael jest niezwyciezony.
Reba potarl w zamysleniu nos.
- Nie wygladali zbyt pewnie siebie, dopoki nie zabrzmiala piesn. Odnosze wrazenie, ze to ona dodala im sil potrzebnych do zwyciestwa.
- To jest mozliwe - potwierdzil Sur. - Prawdopodobnie ich kaplan posluzyl sie magia i zaklinaniem. Jego czary opetaly wojsko.
- Ale jak zwyciezyc magie? - Ewi wzniosl rece w gescie bezradnosci. Sur usmiechnal sie, chytrze mruzac oczy.
- Oczywiscie, tylko w jeden sposob. Inna magia.
Towarzysze popatrzyli na niego w zdumieniu.
- Niedaleko Petor mieszka czarownik - wyjasnil. - Slyszalem, ze jego czary sa potezne. Jesli poprosimy go, by uzyl ich przeciwko Izraelowi, mozemy oslabic ich na tyle, ze wystarczy mala armia, by ich rozgromic.
- Ale czy zgodzi sie? 
Sur wzruszyl ramionami.
- Za odpowiednia oplata kazdy zgodzi sie na wszystko. 
Balak z nadzieja i rozpromienionym obliczem rozlozyl rece.
- W takim razie zapraszam na posilek, przy ktorym omowimy szczegoly naszego planu. Moj skarbiec stoi przed wami otworem.

* * *
Bileam szykowal sie juz do snu, kiedy uslyszal kroki. Wyjrzal przez okno. Po zboczu wzgorza na ktorym jego ojciec Beor postawil dom, wspinalo sie z mozolem pieciu dostojnikow. Zachodzace slonce mienilo sie zlotymi blyskami w ozdobach, jakimi byli obwieszeni. U stop wzniesienia czekali sludzy pilnujacy wielbladow. Bileam zaskoczony otworzyl szeroko drzwi i zgial sie w poklonie.
- Witam was panowie, w moich skromnych progach.
Przybysze weszli do izby. Szybkim spojrzeniem ogarneli pomieszczenie. W chacie widac bylo brak kobiecej reki, na drewnianej lawie walaly sie resztki obiadu, a nad paleniskiem suszyly sie powiazane w peczki wiechcie ziol. W powietrzu unosil sie zapach kadzidel. Staneli czekajac, az Bileam usunie z lawy lezace szaty i poprosi, by usiedli. Pierwszy odezwal sie Ewi.
- Przybylismy do ciebie, proroku, z polecenia samego krola Moabu - rzekl z lekkim namaszczeniem obserwujac, jakie wrazenie uczynil tymi slowami. - Wiesci o twoich prorockich umiejetnosciach dotarly na dwor krolewski. Slyszelismy, ze czary twoje maja moc, jakiej nikt nie dorowna.
Bileam poczul sie mile podlechtany. Nareszcie zjawil sie ktos, kto docenil jego zdolnosci. Usiadl naprzeciw gosci i pozwolil sobie na wygodne oparcie sie o sciane. Sluchal uwaznie, a tymczasem Ewi roztaczal przed nim cala game pochlebstw.
- Krol Balak przyslal nas do ciebie, gdyz znalazl sie w ogromnym klopocie. Jego kraj opanowal lud, ktory wyszedl z Egiptu i kieruje sie w strone Kanaanu. Jednakze narodowi temu nie wystarczaja pastwiska, ktore na swej drodze napotyka, ale niszcza osady, morduja dzieci i wypedzaja osiadlych mieszkancow. Krew, placz i pozoga im towarzyszy. Krol zatem prosi, abys przybyl do niego i przeklal ten lud, wie bowiem, ze kogo ty poblogoslawisz, bedzie blogoslawiony, a kogo ty przeklniesz, bedzie przeklety. Zapewnil jednoczesnie, ze potrafi odpowiednio zaplacic za twoja przysluge.
Ewi zamilkl wyczekujaco. Bileam rowniez milczal zaskoczony propozycja. W koncu zerwal sie i zakrzatnal przy palenisku.
- Pewnie jestescie glodni i nie wzgardzicie malym posilkiem. Zaraz cos szybkiego przygotuje.
- Nie klopocz sie o to, proroku. Nasi sludzy trzymaja w workach zapasy pozywienia. Zalezy nam tylko na twej decyzji i szybkim powrocie do krola. Wierzymy, ze bedziesz nam towarzyszyl.
Bileam goraczkowo zastanawial sie nad odpowiedzia. Nie chcial wypowiadac sie zbyt szybko, nie chcial sie tez narazac na gniew dostojnikow. Nagle przyszedl mu do glowy pomysl.
- Z wielka ochota spelnie prosbe krola. Jest tylko maly problem...
- Jaki problem? - zaniepokoil sie Reba.
- Jestem prorokiem. Tylko prorokiem. Moc moich przeklenstw i blogoslawienstw nie ode mnie zalezy, ale od Boga, ktoremu sluze. Musze wasza prosbe przedstawic Bogu, wtedy wam odpowiem.
Dostojnicy zaklopotali sie. Nie spodziewali sie takiego utrudnienia sprawy. Spojrzeli po sobie i cichym szeptem wymienili krotkie zdania. Potem Sur wyjal mieszek ze zlotem i polozyl go na lawie.
- Krol kazal nam przekazac ci to jako dowod swej laskawosci i hojnosci. Jednoczesnie zapewnia, ze potrafi odpowiednio uczcic cie wedle rangi, jaka posiadasz. Prosi jednak, bys przybyl niezwlocznie, liczy bowiem na to, ze po twoich zakleciach uda mu sie pokonac narod Izraela.
Bileam w myslach zwazyl mieszek lezacy przed jego oczami. Nigdy jeszcze w swoim zyciu nie posiadal takiej ilosci zlota. Z trudem przelknal sline i nie patrzac na gosci powtorzyl:
- Nie jestem panem samego siebie. Jestem prorokiem Boga, Jego uchem i okiem. Nie uczynie niczego, co On mi nie powie. Pojde teraz i przedstawie Bogu wasza prosbe. Spedzcie u mnie te noc, ja zas rankiem przekaze wam wyrocznie Pana. A teraz wybaczcie, ze was na chwile opuszcze. Musze oporzadzic zwierzeta.
Niezadowoleni z takiego obrotu sprawy dostojnicy wezwali slugi i przygotowali sie do noclegu. Tymczasem Bileam wyszedl do stajni. Tam, sila powstrzymujac sie od glosnego smiechu, zatanczyl klaskajac w dlonie.
- Krol Moabu wzywa, by mnie uczcic! Wreszcie moje modly zostaly wysluchane. Moja slawa rozejdzie sie po calym kraju!
Oslica spojrzala na niego. Zdawalo mu sie, ze w jej oczach skrywal sie niemy wyrzut. Poklepal ja po grzbiecie.
- Oczywiscie, ze wraz z tym wzrosnie slawa mojego Boga - dodal uspokajajaco. Radosc wypelniala go po brzegi.
- Kogo goscisz pod swym dachem, Bileamie?
Glos, jaki rozlegl sie obok niego, zaskoczyl go. Znieruchomial i rozejrzal sie. Nikogo.
- Kto tu jest?
W pomieszczeniu slychac bylo posapywanie zwierzat, dwie krowy zuly powoli siano. Za sciana Midianici pokrzykiwali na swoje slugi.
- Kogo goscisz, Bileamie? - pytanie powtorzylo sie.
- Czy to ty, Panie? - Bileam uklakl wsparty o koziol pasnika. - Przemowiles do mnie... Badz blogoslawiony, Boze, ktory znizasz sie do takiego prochu, jakim jest czlowiek i nawiedzasz go w chwilach szczegolnych. Ktory dajesz, choc nie prosza, przychodzisz, choc Cie nie wzywaja, odpowiadasz, choc Cie nie pytaja - belkotal slowa modlitwy usilujac pozbierac rozproszone mysli. Wiedzial, ze to Bog przyszedl do niego i nie chcial zmarnowac szansy niezwyklego spotkania. Tyle pytan mu sie cisnelo na usta, tyle prosb...
- Kogo przyjales do swego domu?
Po raz kolejny powtorzone pytanie. Trzeba odpowiedziec.
- Krol Balak przyslal starszych midianickich, abym... - naraz przerwal. Nie, nie moze powiedziec o propozycji, jaka otrzymal. Musi tak to Bogu przedstawic, aby sam Pan uznal slusznosc decyzji Bileama.
- Straszny lud wyszedl z Egiptu i zalal soba pola Moabu. Morduja i pala, co napotkaja na swej drodze. Ludzie, ktorzy do mnie przybyli, zwrocili sie o pomoc, bym wzmocnil ich krola w walce przeciw najezdzcom.
- Bileamie, ja sam wyprowadzilem ten narod z egipskiej niewoli i prowadze ich do Kanaanu. Krol Balak nie potrzebuje pomocy, gdyz jemu Izraelici nie zagrazaja.
Bileam zafrasowal sie. Nie spodziewal sie, ze opiekunem tego ludu bedzie Bog, ktoremu on sluzy. Za sciana jednak czekali ludzie, ktorzy pragneli uslyszec od niego jednoznaczna decyzje. I obiecywali odpowiednio ja wynagrodzic.
- Panie - podjal na nowo argumentacje - krol, ktory nie potrafi poradzic sobie z najezdzca, jest w oczach swego narodu slaby i szybko traci tron. Wystarczy, jesli pojde do niego i w obecnosci ludu przeklne Izrael. To podniesie go i umocni jego panowanie...
- Nie przeklinaj tego, co ja blogoslawie.
Twardy, stanowczy glos obil sie o powale stajni i przygniotl go do ziemi. Bileam nic na to nie odpowiedzial, lecz wrocil do izby z nachmurzonym czolem. Ksiazeta spojrzeli na niego pytajaco.
- Niedlugo udam sie do Pana. Rano dam wam odpowiedz - rzucil przez ramie. Mieszek ze zlotem kolil go w oczy. Odwrocil sie i wyszedl przed dom. Gwiazdy blyszczaly na niebie, a kazda byla jak srebrny guziec na sukni krolewskiej, ktora mogl zostac przyobleczony.

* * *
- Jak to! - Balak zawrzal gniewem. - Bileam odmowil?!
- Powiedzial: "Idzcie do swojej ziemi, gdyz Pan nie pozwolil mi pojsc z wami" 
- Co za bzdura! - krol w rozdraznieniu zaczal przemierzac pokoj tam i z powrotem. - Czy nie powiedzieliscie mu, ze godnie go przyjme i odpowiednio wynagrodze?
- Powiedzielismy, krolu. 
- I nie zgodzil sie? Moze zaoferowaliscie zbyt niska cene?
- Nie, krolu. Suma byla wysoka, nawet zbyt wysoka, jak na uslugi proroka. Jednak odmowil.
- Pojdziecie tam jeszcze raz, ale tym razem posle z wami najznamienitszych z moabskich rodow. Napelnie wasze dlonie zlotem, srebrem i drogimi kamieniami. Niemozliwe jest, by sie nie zgodzil.
I Ewi, Rekem, Sur, Chur i Reba poszli do Bileama jeszcze raz. Ale tym razem towarzyszyli im moznowladcy i grupa uzbrojonych zolnierzy. Mieli za wszelka cene naklonic proroka do przyjscia na dwor.
Bileam wlasnie wracal ze wsi, kiedy zobaczyl na swoim podworzu zgromadzonych ludzi. Przestraszyl sie. Byl pewien, ze przyszli do niego, by ukarac go za odmowe krolowi. Uspokoil sie jednak, gdy dostojnicy na jego widok zaczeli bic poklony, a wojskowi upadli przed nim na twarz.
- Krol Moabu Balak pokornie cie prosi, bys nie wzbranial sie przyjac jego zaproszenia, gdyz pragnie cie uczcic - odezwal sie Ewi. Inni potakujaco kiwali glowami wyciagajac przed siebie bogate, haftowane zlotem szaty i sznury klejnotow. Bileam na ten widok przelknal sline, ale odparl bunczucznie:
- Nawet gdyby Balak dawal mi swoj dom, pelen srebra i zlota, to nie moglbym przestapic zakazu Pana, mojego Boga, ani w malym, ani w wielkim.
Namiestnicy spojrzeli po sobie. Rekem zmarszczyl brwi.
- Krol Moabu posiada dom nie tylko pelen zlota i srebra, ale i dzielnych zolnierzy, gotowych na kazde jego skinienie. Balak nie lubi powtarzac swego zaproszenia, wiec nie byloby to zbyt korzystnym dla ciebie odmowic mu po raz drugi. To tylko zaproszenie na uczte.
Prorok wyczul grozbe w jego glosie i przestraszyl sie. Zolnierze, mimo pokornej postawy mieli ze soba bron i byli slugami krola.
- Dzien ma sie ku koncowi - rzekl szybko - zatrzymajcie sie tutaj takze przez te noc, a ja dowiem sie, co Pan do mnie powie.
- Skorzystamy z twojej gosciny. Byleby jego odpowiedz byla dla ciebie pomyslna...
Tej nocy Bileam dlugo kleczal przed domowym oltarzykiem pilnie obserwowany przez starszych midianickich. W kolko powtarzal swoje modlitwy kiwajac sie i kolyszac, a w glowie krazyla mu uporczywa mysl, ze jesli dzisiejszej nocy Bog nie przyjdzie do niego, bedzie musial stracic zycie. Chyba, ze nie bedzie ogladac sie na wyrocznie Boza i...
- Kto przyszedl do twego domu, Bileamie?
Az podskoczyl z wrazenia. Obejrzal sie, czy goscie tak samo uslyszeli Glos, ale chyba nie. Rozmawiali o czyms polglosem.
- Ksiazeta midianiccy i dostojnicy moabscy, Panie. Przyszli zaprosic mnie na uczte krolewska.
- Jezeli mezowie ci przyszli, aby cie zaprosic, wstan i idz z nimi, lecz czyn tylko to, co Ja ci powiem.
Glos zamilkl, a Bileam probowal powstrzymac fale radosci, jaka go ogarnela. Bog zezwolil mu pojsc na dwor krola! Nie umrze, wrecz odwrotnie, zostanie wywyzszony! I bedzie bogaty. Rozgladal sie po swej ubogiej chacie i juz w myslach budowal wokol siebie gospodarstwo pelne krzatajacych sie slug, porykiwania bydla i codziennych uczt, jakie beda roznosic sie echem po calej okolicy. Moze pomysli tez o jakiejs kobiecie? Wdziecznosc do Boga dzwieczala w nim radosna piesnia. Oczywiscie, nie zapomni o postawieniu Mu oltarza, na ktorym codziennie bedzie splywac krew dziekczynna.
Ledwie mogl doczekac switu. Przekazal namiestnikom Midianu slowo, jakie uslyszal od Boga i poszedl siodlac oslice. Kiedy odjezdzal, obejrzal sie na wzgorze. Dom stal w swietle wschodzacego slonca niczym oltarz kadzidlany w oparach unoszacej sie porannej mgly. Nie, nie jeden oltarz postawi Bogu - postanowil - ale dwa, trzy, jeden we wsi, drugi przy chacie, a i na krolu wymusi oddawanie holdu Najwyzszemu.
- Sluszna decyzje podjales - Chur wyhamowal troche wielblada, by zrownac sie z Bileamem. - Krol byl bardzo rozgniewany, kiedy przekazalismy mu twoja odmowe. Lud izraelski jest zbyt silny, by mogl go pokonac, potrzebuje wiec pomocy sil nadprzyrodzonych. Jesli przeklniesz Izrael, Balak z pewnoscia go zniszczy.
- Uczynie to, co nakaze mi moj Bog - odparl.
- Jestem pewien, ze Bog nakaze ci przeklac Izrael - rozesmial sie Chur. - Czemuz pozwolilby ci isc z nami, jezeli nie byloby to po jego mysli?
Bileam zastanowil sie. Rzeczywiscie, przeciez Bog z pewnoscia wiedzial w jakim celu przyszli poslancy krolewscy. Jesli wiec zgodzil sie, aby poszedl z nimi, znaczy, zgodzi sie rowniez na przeklinanie Izraela. Uspokojony zaczal snuc plany, w jaki sposob bedzie rozmawial z Balakiem, by uzyskac jak najwiecej korzysci. 
Naraz oslica ryknela przerazliwie i gwaltownie zatrzymala sie. Jezdzcy obejrzeli sie na niego. Uderzyl pietami w brzuch oslicy, chcac ja zmusic do dalszej drogi, jednak zwierze zamiast ruszyc do przodu, skrecilo w pole.
- Co sie stalo? - zawolal za nim Reba. 
Bileam nie odpowiedzial probujac nakierowac oslice z powrotem na droge. Zwierze ryczalo przerazone, uleglo jednak pod uderzeniami kija. Ruszyli w dalsza droge. Zastanowilo go dziwne zachowanie sie oslicy. Nigdy jeszcze nie okazywala takiego uporu, by musial posluzyc sie kijem. Chyba oslica sie starzeje, rozejrzy sie wiec w stolicy za jakims innym wierzchowcem. Moze kupi sobie wielblada? Ostatecznie bedac krolewskim magiem powinien zadbac o swoj wyglad. Krol wdzieczny za przeklenstwo, jakim pokona Izrael, nie poskapi mu darow. Moze nawet pozwoli zamieszkac mu na dworze?
Nagly bol wyrwal go z rozmyslan. Oslica cofajac sie przed czyms przygniotla mu noge do kamiennego muru ogradzajacego mijana winnice. Rozgniewal sie i zaczal okladac ja kijem. Ksiazeta zatrzymali sie z niepokojem.
- Jesli masz problemy z wierzchowcem, przesiadz sie prosze na wielblada - zaproponowal mu Ewi. Bracia blizniacy cos zagadali do siebie szeptem i wybuchneli smiechem. Bileam speszony pokrzykiwal na oslice, ktora w koncu zdecydowala sie ruszyc do przodu. Caly czas jednak wstrzymywala sie i przystawala. Wreszcie z rykiem legla pod nim. Zerwal sie i z irytacja zaczal ja bic.
- Co ci zrobilam, ze mnie zbiles juz trzy razy? - ryknela oslica.
- Dlatego, ze sobie drwilas ze mnie. Gdybym mial miecz w reku, zaraz bym cie zabil - krzyknal z gniewem.
- Czyz nie jestem twoja oslica, na ktorej jezdziles od dawna i jezdzisz az do dzis dnia?
Bileam znieruchomial. Rozmawia z oslica! Z niemym zwierzeciem. Czy to dzieje sie naprawde? Ale oslica patrzac na niego zalosnie, ryknela ponownie:
- Znasz mnie od tak dawna. Czym zwykla byla czynic ci w ten sposob?
- Nie - odparl i naraz jasnosc oslepila go. Pomiedzy nim, a jego towarzyszami stanela potezna, promieniujaca postac z mieczem skierowanym w jego strone. Upadl na ziemie przerazony. Aniol odezwal sie:
- Dlaczego juz trzy razy zbiles swoja oslice? Przeciez to ja wyszedlem jako twoj przeciwnik, gdyz droga twoja jest zgubna i wbrew mojej woli.
- Jak to, Panie, wbrew twojej woli? Przeciez ty sam zezwoliles mi udac sie w droge.
- Zezwolilem na wizyte na dworze. Nie zezwolilem na przeklinanie. Moja wola nigdy sie nie odmienia, Bileamie. Oslica widziala mnie i trzy razy przede mna ustepowala ratujac ci zycie. Jesliby nie ustapila, bylbym cie zabil, a ja zachowal przy zyciu.
Bileam przymknal oczy. Teraz zrozumial, ze nie potrafi oszukac Boga. Rzekl do aniola Panskiego: 
- Zgrzeszylem, gdyz nie wiedzialem, ze to ty stales przeciwko mnie na drodze. Jezeli wiec nie podoba sie to, gotow jestem zawrocic do siebie z powrotem.
Aniol schowal miecz do pochwy.
- Idz z tymi mezami - odparl spokojniejszym tonem - lecz bedziesz mowil tylko to, co ja ci powiem. 
I poszedl Bileam z ksiazetami Balaka. (...)

copyright by Beata Bazant
jesli chcesz przeczytac wiecej... napisz do mnie ;-)
zabka7@poczta.fm

Powrot do spisu tresci 1